Recenzja filmu Agentka specjalnej troski (2016)
Dany Boon

Chęć szczera

Gdy tylko Jo stawia pierwszy krok w siedzibie RAID-u, widzowie trafiają do komediowego raju. Boon sypie żartami jak nakręcony, a Pol i reszta obsady z entuzjazmem wcielają je w życie. Nie ma ...
Filmweb sp. z o.o.
Tęsknota za latami 80. dopadła w końcu i Dany'ego Boona. W swoim najnowszym filmie król francuskiej komedii sięgnął po pomysł, który rozśmieszał widzów do łez trzy dekady temu. Postanowił bowiem opowiedzieć historię kobiety trafiającej do świata prawdziwych twardzieli. I okazało się, że pomimo zmian światopoglądowych ten czysto szowinistyczny punkt wyjścia wciąż sprawdza się w komedii - jeśli tylko jest właściwie opowiedziany. A Boonowi z całą pewnością się udało… przynajmniej do pewnego momentu.

Reżyser, który zazwyczaj jest też gwiazdą swoich komedii, zrobił tym razem krok w bok i oddał pierwszy plan Alice Pol. Gra ona Jo, kobietę żyjącą według maksymy "nie matura, a chęć szczera zrobi z ciebie oficera". Faktycznie, nie można jej odmówić zapału i uporu. Wstąpiła do policji, ale marzy o zostaniu pierwszą kobietą w elitarnej jednostce RAID. We własnym mniemaniu ma wszystko, czym oficer francuskiego odpowiednika SWAT powinien się charakteryzować. Reszta świata widzi w niej niestety chodzące nieszczęście, nieporadną kobietę, która próbuje przekroczyć zdecydowanie za wysoki dla niej próg. I gdyby nie jeden drobny fakt – Jo jest córką ministra spraw wewnętrznych – jej marzenie nigdy by się nie ziściło. Dzieje się jednak inaczej. Kobieta dostaje się do RAID-u i odkrywa, że nie jest tak różowo, jak być miało. Od czego jest jednak upór i ignorancja...

Gdy tylko Jo stawia pierwszy krok w siedzibie RAID-u, widzowie trafiają do komediowego raju. Boon sypie żartami jak nakręcony, a Pol i reszta obsady z entuzjazmem wcielają je w życie. Nie ma czasu na nudę, cały czas się coś dzieje. "Agentka specjalnej troski" jest mieszanką komedii absurdu i komedii sytuacyjnej z dodatkiem świetnych dialogów. Każdy znajdzie tu powód do śmiechu. Sekwencje szkoleniowe przywodzą na myśl takie klasyki gatunku jak "Akademia policyjna", "Szeregowiec Benjamin" czy "Policjantki z FBI". Choć zapewne sam Boon wzorował się na francuskich przebojach w rodzaju "Pechowca" czy "Błazna". Zresztą nieistotne, skąd reżyser czerpał inspiracje. Liczy się jedynie to, że świetnie uchwycił ducha tamtych komedii, tworząc rozkosznie głupiutki i zarazem przezabawny film.

I gdyby Boon na tym poprzestał, mielibyśmy jedną z lepszych francuskich komedii roku. Niestety reżyserowi wciąż było mało. To, co powinno być zabawnym finałem, on rozciągnął do rozmiarów nowego, zupełnie innego filmu. Dodał wątek romantyczny, który może i jest korzystny dla granej przez niego postaci, ale deprecjonuje główną bohaterkę. W efekcie niegroźnie szowinistyczny charakter pierwszej części "Agentki..." zmienił w dwuznacznie wątpliwy morał o tym, że nawet kobieta spełniająca swoje marzenia jest niepełna, jeśli u boku nie będzie miała odpowiedniego faceta.

Zupełnie niepotrzebnie Boon rozbudował też postać czarnego charakteru. Yvan Attal robi z siebie błazna, ale zamiast śmieszyć, wywołuje jedynie zażenowanie. Kiedy pojawia się w finale, wygląda jak upośledzony brat Jokera. Oglądając sceny z jego udziałem, trudno uwierzyć, że za kreację bohatera odpowiada ta sama osoba, która wcześniej z takim wyczuciem serwowała pierwszorzędne żarty. Widzom nie pozostaje jednak nic innego, jak zacisnąć zęby i krzepić się wspomnieniami tego, co dobre. Na szczęście jest tego całkiem sporo, więc można dotrwać do końca filmu bez większej szkody.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni