Recenzja filmu Miasto gniewu (2004)
Paul Haggis

Chodzi o dotyk

"W każdym mieście spacerujesz, mijasz ludzi, oni cię popychają. W Los Angeles nikt Cię nie dotyka – wszyscy się chowają. Dlatego powodujemy wypadki: żeby coś poczuć. Cokolwiek" – tym monologiem ...
Filmweb sp. z o.o.
"W każdym mieście spacerujesz, mijasz ludzi, oni cię popychają. W Los Angeles nikt Cię nie dotyka – wszyscy się chowają. Dlatego powodujemy wypadki: żeby coś poczuć. Cokolwiek" – tym monologiem rozpoczyna się ten magiczny film, który okrzyknięto sensacją dopiero dzień po oscarowej gali, na której "Miasto gniewu" królowało w najważniejszych kategoriach.

Najlepszy montaż, film i scenariusz oryginalny – w tych kategoriach wygrywały takie filmy jak "Zakochany Szekspir" czy "Chicago", czyli produkcje nie tyle dobre, co komercyjne, które Oscary dostawały raczej z przyzwyczajenia Amerykanów do projektów zabawnych i cieszących oko. "Miasto gniewu" nie cieszy oka – ten film zachwyca swoją prostotą. Dawno nikt nie zrealizował obrazu o rasizmie, uprzedzeniach i o tym, że ludzie są nieszczęśliwi, żyjąc w otaczającym nas świecie.

"Miasto gniewu" opowiada historię kilkunastu osób – od policjanta-rasisty, reżysera telewizyjnego, przez zazdrosną o męża żonę, po czarnego detektywa czy złodzieja markowych samochodów. Wszyscy chorobliwie walczą o byt w L.A.: chcą udowodnić, że mogą żyć w tej społeczności, która z dnia na dzień chce się od siebie odseparować. W jeden dzień ich losy w niewytłumaczalny sposób się ze sobą splatają – ktoś ginie, by inni mogli zrozumieć sens życia. Ktoś popełnia wielki błąd, by inni mogli zrobić krok do przodu. Chociaż wątki początkowo nie mają ze sobą nic wspólnego, spójny montaż jest skonstruowany w taki sposób, że można zauważyć w końcu wiele wspólnego w kolejnych sytuacjach.

Wszyscy po 11 września i rozpoczęciu się wojny w Iraku robili filmy wyciskające łzy, sprawiające, że widz dostawał depresji i wymiotował, bo wszędzie strzelali do siebie: czarni do białych, Chińczycy do Koreańczyków. Obraz Paula Haggisa nie chce przyprawiać nas o dreszcze, sprawiać, byśmy musieli brać w pracy urlop, bo nie jesteśmy po jego projekcji w stanie egzystować. Ten film pokazuje nam życie ludzi zastraszonych rzeczywistością, uprzedzonych do siebie, bo w CNN pokazali wybuch autobusu albo kolejne porwanie. Oczywiście – mamy sceny po których chcemy ten film wyłączyć i wziąć głęboki oddech (choćby scenę strzału właściciela sklepu do małej Elizabeth), nie możemy tego jednak zrobić. Ten film hipnotyzuje, a w transie jesteśmy nawet po końcowych napisach.

Trzeba pochwalić twórców "Crash" za świetną koncepcję na film: obraz, który został (o dziwo!) doceniony bardziej przez Amerykańską Akademię Filmową, niż (początkowo) przez krytyków. O oscarowym sukcesie po raz pierwszy od kilku lat nie przesądziły (nie licząc Sandry Bullock) wielkie sławy, które za reklamę kawy rozpuszczalnej kupują kilkumilionowy kraj Azji Północnej – mamy świetnych aktorów, którzy wykreowali realistyczne i godne uznania role. Doceniony został jedynie Matt Dillon (nominacja do Oscara, BAFTy i Złotego Globu w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy), a szkoda, bo chociaż zagrał świetnie, to ja bym doszukała się w tym filmie kilku równie dobrych kreacji.

Docenić trzeba także muzykę, którą napisał Mark Isham. Mówi się, że żeby soundtrack filmowy był dobry, to widz nie może go słyszeć. W niektórych przypadkach trzeba przyznać temu twierdzeniu rację, ale w przypadku "Miasta gniewu" takie myślenie jest błędne. Bardzo dobrze dopasowana muzyka do konkretnych sytuacji. Trochę przypominać może ścieżkę z "Gladiatora" (ze względu na żeński głos), ale myślę, że Ishamowi do Zimmera czegoś jednak brakuje.

Gratulacje za odwagę, bo pokazanie policjantów jako rasistów i dupków ostatnio jest rzadko spotykane. Gratulacje i wielkie wyrazy uznania za stworzenie świetnego filmu, który dał nam prawdziwy obraz nie tyle Stanów Zjednoczonych, co całego świata. Pomimo faktu, że film przyprawia nas o zawroty głowy i smutek, to jednak daje nam także nadzieję – pokazuje, że nie trzeba się bać, bo w każdym (nawet bardzo, bardzo głęboko) tkwi człowiek. Człowiek, który boi się dotyku nie tylko innych ludzi – człowiek, który boi się obcego poczucia bezpieczeństwa.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (70 głosów).
o