Recenzja filmu Armageddon (1998)
Michael Bay

Chwała wam, bogowie zza wielkiej wody!

Świat stoi na skraju zagłady. Znowu. Przyszłość całej cywilizacji wisi na włosku. Znowu. Tym razem chodzi o ogromną i ogromnie złośliwą kosmiczną asteroidę, która spośród miliardów krążących w ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Armageddon (1998)
Świat stoi na skraju zagłady. Znowu. Przyszłość całej cywilizacji wisi na włosku. Znowu. Tym razem chodzi o ogromną i ogromnie złośliwą kosmiczną asteroidę, która spośród miliardów krążących w przestrzeni kosmicznej obiektów za cel wybrała sobie naszą małą, błękitną planetkę. Wszystkie narody świata błądzą bezradnie, niczym dzieci we mgle, niezdolne do niczego, poza skuleniem się w kąciku i pochlipywaniem z cicha. Lecz nie traćcie nadziei. Jest jeden naród, któremu niestraszne niebezpieczeństwa, i który dumnie prężąc pierś bohatersko stanie w obronie całego świata. Hurra, Amerykanie przybywają z odsieczą! 

Ckliwa bajeczka dla pokolenia Ronalda McDonalda? A może kolejna satyra, związana z tarczą antyrakietową, którą mieli nam sprezentować sprawcy jednego z największych ludobójstw w dziejach (indiański "holocaust")? Nie, naiwni widzowie. Kino z USA udowodni wam, że to wszystko prawda. Sprawi, że w to uwierzycie! W każdym razie Amerykanie w to wierzą - tak samo jak w to, że otyłość jest trendy i korzystnie wpływa na zdrowie, a prawo do legalnego posiadania broni nie ma żadnego związku z jedenastoma tysiącami morderstw, popełnianych każdego roku w najwspanialszym kraju świata...

Wobec tego wszystkiego nie może dziwić zawrotna kariera, jaką robi Michael Bay, jeden z czołowych magików amerykańskiego snu na jawie. Nie da się ukryć, że jest pierwszorzędnym patriotą i robi wszystko, aby pokazać światu wspaniałość swojej ojczyzny oraz zapoznać go z dziedzictwem kulturowym Stanów Zjednoczonych (które, o czym wie każdy szanujący się jankes, w niczym nie ustępuje dziedzictwom kulturowym wszystkich innych krajów). A mieszkańcy najwspanialszego kraju świata na pewno to kupią - bo czyż nie każdy z nas lubi, gdy mile połechta się jego ego? No właśnie, a Michael Bay z pewnością nie będzie narzekał na kilka dodatkowych milionów dolarów w kieszeni. Nie ma więc nic dziwnego w kasowym sukcesie "Armageddonu", będącego kolejną pochwałą bohaterstwa i poświęcenia dzielnych, amerykańskich chłopców i dziewcząt. W tych wcieliły się znane i rozpoznawane gwiazdy srebrnego ekranu, między innymi Bruce Willis, Liv Tyler, William Fichtner i Ben Affleck

Scenariusz jest tylko pretekstem do miotania patosem, więc nie warto zawracać nim sobie głowy - skoro reżyser go olał, dlaczego my mielibyśmy postąpić inaczej? Znacznie ważniejsze są niesamowite efekty specjalne i odpowiednio duża ilość akcji. Co może być lepsze od mnóstwa wybuchów? Jeszcze więcej wybuchów, i zdaje się, że Michael Bay doskonale zdaje sobie sprawę z tej niepodważalnej prawdy - wizualna strona filmu została dopracowana w najmniejszych szczegółach, dzięki czemu możemy cieszyć oczy wieloma niesamowitymi i dynamicznymi scenami. W tym samym czasie, gdy nasz biedny narząd wzroku dwoi się i troi, aby nadążyć na pomysłami reżysera, nasze uszy bombardowane są odpowiednią muzyką - schematyczną (wszyscy to kochamy), oklepaną i nieprzyzwoicie patetyczną. Michael Bay lubi takie tło dla swoich filmów, więc taki wybór musiał być dobry. Nie mógł się przecież pomylić!

Zbliżając się do końca recenzji, zwrócę uwagę na kilka cech wspólnych dla większości filmów tego reżysera. Po pierwsze: szaleńcze zamiłowanie do amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego, co owocuje ogromną ilością militarnego sprzętu, pojawiającego się na ekranie. Zwłaszcza zwolnione ujęcia, przedstawiające ciemne sylwetki śmigłowców, lecących na tle wielkiego, zachodzącego słońca muszą wywoływać niekontrolowaną ekstazę u tego człowieka, gdyż nie przypominam sobie ani jednego jego filmu, w którym zabrakłoby takiej sceny. Po drugie, o czym już wspominałem: wybuchy. Dużo wybuchów, akcji i efektów. Po czwarte zaś, i ostatnie: amerykański patos, amerykańskie bohaterstwo i amerykańskie poświęcenie, któremu każdy człowiek powinien złożyć hołd, podziękować za uratowanie po raz n-ty świata (gdzie należy do przedziału od 1000 do plus nieskończoności), a na koniec rozpłakać się i z radości popuścić w gatki na widok powiewającego dumnie na wietrze gwiaździstego sztandaru. 
Dziękujemy wam, bogowie zza wielkiej wody!
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 42% uznało tę recenzję za pomocną (83 głosy).
JaszczurXP
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o