Recenzja filmu Most do Terabithii (2007)
Gabor Csupo
Elżbieta Kopocińska-Bednarek

Chwilo trwaj

Napisy końcowe już dawno się skończyły i po półtoragodzinnej przerwie świat jak zwykle miał powrócić do swej codziennej, "niefilmowej" postaci... no właśnie - miał - a jednak nie wrócił. Wszystko ...
Filmweb sp. z o.o.
Napisy końcowe już dawno się skończyły i po półtoragodzinnej przerwie świat jak zwykle miał powrócić do swej codziennej, "niefilmowej" postaci... no właśnie - miał - a jednak nie wrócił. Wszystko przez te 90 niezwykłych minut opatrzonych tytułem "Most do Terabithii", które okazały się jednymi z tych, o których, parafrazując Goethego, można powiedzieć: "trwajcie, jesteście piękne".

Co więc sprawiło, że jeszcze długo po zniknięciu napisów końcowych siedziałem przed ekranem telewizora i wpatrywałem się w jeden punkt na jego powierzchni nie mając zupełnie pojęcia jakie rzeczy są w nim wyświetlane? Długo się nad tym zastanawiałem, a wnioski (przynajmniej niektóre), do których doszedłem postaram się zamieścić w niniejszej recenzji.

Na początku chcę powiedzieć, że "Most do Terabithii" należy do filmów, których ocena moim zdaniem powinna zostać wysnuta nie tyle z pierwszego wrażenia, co z refleksji nasuwających się widzowi po jego obejrzeniu. Ja sam piszę ową recenzje już z pewnego oddalenia czasowego (film ten widziałem  po raz pierwszy przed ponad rokiem - dopiero! - ostatnio zaś przed kilkoma miesiącami). Powodem tego jest niezwykły ładunek emocjonalny, jaki "Most do Terabithii" niesie z sobą. Jest to bowiem film o uczuciach i towarzyszących im emocjach, które, przeciwnie do wielu produkcji podobnego typu, udzielają się w wielkim stopniu widzom. Akcja filmu zbudowana została na relacjach łączących dziecięcą dwójkę głównych bohaterów: Jesse'a (Josh Hutcherson) i Leslie (AnnaSophia Robb). Wielkim uproszczeniem byłoby jednak zawężanie grona postaci do wymienionej pary, jako że każdy z filmowych bohaterów pełni w tej historii istotną rolę, co przyjąłem z ulgą - brak jest w niej charakterów nakreślonych na siłę, zbędnie. Oczywiście jako ekranizacja książki Katherine Paterson film ten nie mógł zbytnio przekształcać konstrukcji bohaterów, ale reżyserowi udało się nie "sknocić" (czytaj: spłycić) filmowych postaci.

Takie wrażenie odniosłem przede wszystkim dzięki koncertowej grze aktorów - wszystkich aktorów - co warte podkreślenia. Niewątpliwie tym co zostaje w pamięci jest jednak gra dziecięcych artystów (i nie waham się w tym przypadku przed takim określeniem dla nich), zwłaszcza trio: AnnaSophia Robb, Josh Hutcherson i Bailee Madison (grającej młodszą siostrę Jesse'a). Rzadko kiedy spotyka się dziecięce aktorstwo wyniesione na tak wysoki poziom, delikatne i subtelne, pełne jednak dziecięcej pasji i radości. Na osobne wyróżnienie w mojej opinii zasłużyła AnnaSophia Robb, która w roli Leslie spisała się wręcz wybitnie, a uczucie, z jakim widz zostaje po obejrzeniu filmu, jest w wielkiej mierze jej zasługą. Urocza, piękna, inteligentna i radosna świeci pełnym blaskiem, stanowiąc jedną z najjaśniejszych stron całego filmu.

Dobre aktorstwo pozwoliło na nadaniu całej historii, do pewnego momentu prostej, wręcz banalnej, głębi emocjonalnej, czasami też filozoficznej, wplecionej zgrabnie w świetnie napisane dialogi (np. rozmowa w drodze powrotnej z kościoła). Takich perełek jest w filmie więcej, zauważa się je jednak nie zawsze po pierwszym obejrzeniu. Ostrzegam jednak, że jest to jednak film, który z jednej strony pozostaje w pamięci na bardzo, bardzo długo, a z drugiej widz stara się przed nim uciec i instynktownie bronić z powodu zawartych w nim emocji.

Jeśli według starożytnych Greków sztuki teatralne miały wzbudzać w widzach katharsis poprzez uczucia litości i trwogi, to kino, jako młodszy brat teatru, poprzez filmy takie jak "Most do Terabithii" spełnia tę rolę doskonale. Uczucie, jakie rodzi się wewnątrz widza w trakcie oglądania filmu i z jakim zostaje on po jego zakończeniu, jest nie do opisania, przez to, że tak osobiste i przez to u każdego odmienne. I wyrazić można tylko życzenie, by nie wstydzić się łez wylanych podczas oglądania tej opowieści o pięknym i zarazem okrutnym dzieciństwie, o uczuciach które już nigdy nie będą tak szczere i czyste jak podczas dziecięcych lat, o wyobraźni czyniącej z nas królów. O pięknie, o którym każdy z nas marzy i zarazem o cierpieniu, z którym każdy musi się zmierzyć.
"Chwilo trwaj, jesteś piękna..."
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 97% uznało tę recenzję za pomocną (221 głosów).
LukS626
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (8)

zobacz wszystkie