Recenzja filmu Zanim się pojawiłeś (2016)
Thea Sharrock

Ciesz się chwilą

"Zanim się pojawiłeś" z pewnością Was nie zaskoczy, ponieważ zgodnie z przypuszczeniami jest tendencyjnym oraz przewidywalnym romansem zrealizowanym według podręcznikowych schematów, jednakże ...
Filmweb sp. z o.o.
Zwiastuny filmu "Zanim się pojawiłeś" nie napawały zbytnim optymizmem. Dwójka pięknie i nienagannie wyglądających aktorów, straszny wypadek, początkowa niechęć, a później płomienna miłość – do bólu ograny romans w grubej polewie z lukru oraz z nadzieniem naiwnych i łzawych scen, czyż nie tak to właśnie wygląda? Mogę tylko zgadywać, ilu z Was na widok zapowiedzi nie nasunęły się takie, jak powyżej napisane, lub też podobne myśli. Dodajmy do tego fakt, że produkcja jest adaptacją powieści Jojo Moyes, a znając dobrze reputację projektów wliczających się w poczet młodego nurtu Young Adults Movies, to wielu kinomanów daruje sobie seans jeszcze przed zapoznaniem się z opiniami. Wracając do filmu… "Zanim się pojawiłeś" z pewnością Was nie zaskoczy, ponieważ zgodnie z przypuszczeniami jest tendencyjnym oraz przewidywalnym romansem zrealizowanym według podręcznikowych schematów, jednakże nawet przy tych wadach, stanowi dzieło godne polecenia, które zostało zrealizowane z ogromną pasją, a historia, chociaż znana, bawi i wzrusza jednocześnie, przekonując do siebie prawdziwymi emocjami oraz zwykłymi ludzkimi pragnieniami czy pożądaniami. Zaciekawieni?


Najsłabszym elementem obrazu "Zanim się pojawiłeś" jest przestawiona przez twórców historia podążająca doskonale nam znanymi torami. Owszem, znajdziemy tutaj kilka odstępstw i urozmaiceń, jednak całość trzyma się kurczowo powielonych już przez setki scenarzystów schematów i wzorców. Czy stanowi to problem? W żadnym wypadku! Jojo Moyes dobrze wiedziała, jak poprowadzić swój film, aby wciągnąć widzów w historię niepełnosprawnego Willa Traynora i rozpaczliwie poszukującej pracy Lou Clark, nad której rodziną pojawiło się widmo ubóstwa i głodu. Zatem, mimo iż dokładnie zdawałem sobie sprawę, co pojawi się zaraz na srebrnym ekranie, nie nudziłem się, co więcej z przyjemnością śledziłem poczynania bohaterów, dostarczających całej gamy najróżniejszych uczuć i emocji.


Tym, co wyróżnia omawiany film z bezkresnego morza innych jemu podobnych, są główni bohaterowie. Muszę przyznać, że zarówno serialowa Daenerys Targaryen, jak i znany z "Igrzysk śmierci", filmowy Finnick Odair przeszli samych siebie. W życiu nie przypuszczałbym, że ta dwójka młodych aktorów z ogromną pasją i poświęceniem tchnie życie w postaci znane z książki Jojo Moyes, które staną się na tyle barwne i czarujące, iż będą w stanie przykryć swoim wdziękiem wszystkie niedoskonałości omawianej adaptacji. Emilia Clarke i Sam Claflin zaprezentowali bogaty warsztat umiejętności, równocześnie poszerzając swoje aktorskie emploi o zaskakująco udane i przekonujące role. Zatem wykreowani przez nich bohaterowie niemal z miejsca pozyskują sympatię widza swoją ogromną naturalnością. Lou Clark to zwariowana i radosna młoda kobieta o dziewczęcym uroku oraz krzykliwym guście modowym, która stara się wyciągać z każdego przeżytego dnia tyle szczęścia, ile tylko zdoła. Przy swojej gadatliwości, niezdarności oraz ogromnej szczerości zaraża niemal wszystkich pogodnym duchem… oprócz, rzecz jasna, Willa – skrzywdzonego przez los chłopaka, żyjącego przed wypadkiem na pełnym gazie. Po tragicznym dla niego wydarzeniu bohater stał się cyniczny i opryskliwy. Uleciała z niego radość, pozostał tylko gniew i żal po brutalnie odebranym życiu wyczynowego sportowca.


Spotkanie tak różnych osobowości jest siłą produkcji. Sposób, w jaki zaczyna się ocieplać relacja między dwoma skazanymi na siebie przez los postaciami, zachodzące w nich zmiany wywołane obecnością towarzysza, emocjonalnie angażują i nie pozwalają oderwać wzroku od srebrnego ekranu. Ponadto oboje nie są idealni, mają swoje mocne i słabe strony, pragnienia oraz problemy, dzięki czemu są kinomanom bardzo bliscy i łatwo się z nimi utożsamić, zżyć, a zawiązana podczas seansu nić porozumienia miedzy postacią a obserwującym ją kinomanem stanowi w późniejszej części filmu źródło emocjonalnych wzlotów i upadków. Trzeba przyznać, że dzięki powyższym zabiegom żaden z widzów nie będzie z kamienną twarzą śledzić przedstawionej historii, która niemal każdego skłoni do refleksji i odciśnie na nim swój ślad…


"Zanim się pojawiłeś" to prawdziwa emocjonalna bomba, mimo iż uczucia dozowane są z odpowiednim umiarem i rozsądkiem, a niektórzy aktorzy grają bardzo powściągliwie, nawet minimalistycznie. Widać tutaj ogromną reżyserką wprawę debiutującej Thei Sharrock (omawiana adaptacja to pierwszy wielkoekranowy obraz rzeczonej pani), która wie dokładnie, kiedy nakierować kamerę na twarz bohatera, oddalić obraz lub sprytnym zabiegiem filmowym oraz udaną symboliką przekazać nam niedopowiedziane wydarzenia. Mieszanie radości ze smutkiem, marzycielstwa z gorzką prawdą, (często czarnego) humoru z ironią i sarkazmem zapewni w trakcie oglądania filmu niekończącą się emocjonalną sinusoidę. Śmiejemy się zatem razem z bohaterami, a także powstrzymujemy się od płaczu, gdy śledzimy bieg wydarzeń oraz poznajemy ich przeszłość. Jednakże nie ulegajcie złudzeniom, "Zanim się pojawiłeś" to nie łzawa historyjka, oj nie. Adaptacja prozy Jojo Moyes nigdy nie wpada w podniosłe tony, równocześnie unikając charakterystycznych dla współczesnych obrazów z tego gatunku naiwności i cukierkowości. Film jest wyważony, a to dzięki naprawdę udanym zabiegom humorystycznym, a także życiowej i dojrzałej historii przeplatającej gorycz z radością, ukazującej zarówno obie strony naszego życia, co już jest rzadkością w dzisiejszych romansach. Przemyślana fabuła zostaje przedstawiona na tle bogatych i zróżnicowanych krajobrazów, które często wraz z oświetleniem współgrają z emocjami i uczuciami postaci w określonych scenach, a te w akompaniamencie ze starannie dobraną muzyką – utwory genialnego rudowłosego Eda Sheerana pt. Thinking Out Loud i Photograph po prostu chwytają ze serce (obie pojawiają się w trakcie seansu, a nie na napisach końcowych, co jest hańbiącą praktyką we współczesnej kinematografii) tworzą niepowtarzalną, niemal magiczną atmosferę. Można się po prostu rozpłynąć. Nietrudno zatem zaobserwować, że twórczyni doskonale opanowała reżyserskie ABC, a emocjonalna historia w połączeniu z rozciągniętymi kadrami przedstawiającymi piękne i zapierające dech w piersiach krajobrazy stwarza niesamowity, niemal namacalny klimat, w który pragnie się zanurzyć i wstrzymać oddech jak najdłużej.


Bardzo istotna jest również sama wymowa filmu, która wbrew krążącym po sieci plotkom i pogłoskom sugerującym hymn pochwalny dla eutanazji, traktuje o zupełnie innych, ważnych dla nas wartościach. Owszem, zakończenie wzbudza skrajne emocje i kontrowersje. Przecież eutanazja to nośny i zarazem niewdzięczny temat, jednak autorzy "Zanim się pojawiłeś" starają się nauczyć nas szacunku oraz empatii do drugiej osoby. Czasem jedyne, co możemy zrobić, to pogodzić się z tokiem wydarzeń, zaakceptować czyjś wybór, mimo iż w głębi duszy go potępiamy i odrzucamy z całego serca. Mowa tutaj o zrozumieniu, próbie wcielenia się w kogoś, przeżycia jego emocji, uczuć, bólu i cierpienia nieprzefiltrowanych przez nasze własne doświadczenia i poglądy, ale z perspektywy omawianej osoby. Niestety niewielu ludzi potrafi odnaleźć się w skórze drugiej osoby, stąd częste kłótnie i zwady. Zobrazowano to na przykładzie eutanazji; dobra, możecie się z nią nie zgadzać, ale nie możecie być ślepi na ważny przekaz, który dotyczy przecież nas wszystkich, ponieważ łatwo osądzać, podejmować za kogoś decyzje, krytykować go i śmiać się z jego działań, gdy nie zdajemy lub, co gorsza często nie chcemy sobie uświadomić motywów działań takiej osoby. Warto się nad tym dłużej zastanowić.


"Zanim się pojawiłeś" nie zrewolucjonizuje gatunku i nie jest też niczym, czego jeszcze nie mieliśmy okazji podziwiać. Jednakże to solidnie zrealizowany romans, wyróżniający się świetnymi aktorskimi kreacjami, dużym ładunkiem szczerych emocji oraz świetną wymową zmuszającą do refleksji. Dla wszystkich marzycieli, nieuleczalnych romantyków, a także większości kobiet jest to seans obowiązkowy – będziecie usatysfakcjonowani ukazaną w gorzko-słodkich odcieniach opowieścią o miłości i życiu. Pozostali zaś, chcąc nie chcąc, również będą musieli okazać twórcom szacunek, ponieważ mimo swoich ewidentnych wad, to dzieło nakręcone z pasją nie tylko dla fanów książki, ale i wszystkich kinomanów, które spełnia swoje zadanie – dostarcza okazji do wzruszeń. A o to tu przecież chodzi - szczere emocje i przyjemność z oglądanego przez nas filmu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (127 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o