Recenzja filmu Wielkie oczy (2014)
Tim Burton

Co z oczu, to z pędzla

"Wielkie oczy" to opowieść o psychicznej przemocy domowej – tyle że podana w kolorowej, uroczej otoczce. Walter rozkręca się momentami tak, jakby miał pójść w ślady Jacka Torrance'a, Margaret ...
Filmweb sp. z o.o.
Proces produkcyjny fabryki Willy'ego Wonki, niepokojąca jazda zakamarkami symbolu Człowieka-Nietoperza, płynąca kanałami strużka krwi zapowiadająca mordercze ekscesy Sweeneya Todda... Tim Burton lubi w czołówkach kolejnych filmów wprowadzać nas do swoich światów jakby tylnymi drzwiami, pokazując ich bebechy, kierujący nimi mechanizm albo jakiś intrygujący detal. W "Wielkich oczach" podobnie: reżyser wita nas obrazem maszyn drukarskich powielających w nieskończoność reprodukcję jednego z płócien malarki Margaret Keane. Złośliwi znajdą tu metaforę kariery reżysera, który ostatnimi czasy prządł coraz cieniej, inscenizując coraz bardziej odtwórcze widowiska zbudowane wokół coraz bardziej zmanierowanych ról Johnny'ego Deppa i Heleny Bonham Carter. "Wielkie oczy" to najwyraźniej próba przełamania tego ciągu malejących powrotów. Pierwszy lepszy dowód: Burton porzucił parę swoich ulubionych aktorów. Kolejny – zamiast jeszcze jednej popkulturowej fantazji wziął na warsztat biografię. Ale ten płodozmian niezbyt się udaje.   

 
Gdy Burton ekranizował życiorys Eda Wooda, z ekranu biła pasja, jaką darzył on swojego bohatera. Do Margaret Keane (Amy Adams) najwyraźniej nie ma już takiej słabości. Dziwne; w końcu malarka wydaje się jak najbardziej w jego "typie". To odklejona od rzeczywistości wrażliwa marzycielka, przelewająca swoje neurozy w kolejne portrety smutnych, wielkookich dzieci; artystka naiwna, szczera szczerością, która graniczy z kiczem. A Burton od zawsze stawał przecież po stronie wyrzutków oraz odmieńców, sam przedkładał emocjonalną prawdę sztuki nad artystyczne pretensje. Inna sprawa, że Keane nie jest tak wdzięczną personą jak Wood. Nieśmiała i wycofana, ustępuje więc miejsca – zarówno w życiu, jak i na ekranie – swojemu mężowi, Walterowi. A Burton robi błąd, spuszczając grającego go Christopha Waltza ze smyczy.

Tak to przecież wyglądało! – zakrzyknie ktoś. Nieżyciowa, ale utalentowana Margaret zamykała się na strychu, całymi dniami malując swoje smutne maluchy. Jej przedsiębiorczy mąż tymczasem przekuwał talent żony w komercyjny sukces. Przy okazji spijał też śmietankę, podając się za autora jej prac i brylując na salonach. Cóż, Burton może i odzwierciedla dynamikę związku Keane'ów, tyle że – zupełnie wbrew intencji filmu – nie oddaje sprawiedliwości bohaterce. Subtelna, stonowana rola Adams ginie bowiem w cieniu bufonady Waltza. Aktor wspina się na wyżyny przesady i karykatury, utykając w ślepym zaułku emploi, które tak trafnie wynalazł mu Quentin Tarantino. Szczerzy się, chichra, patrzy spode łba, robi miny. Efekt jest taki, że od pierwszego wejścia budzi nieufność. Naszą – ale nie Margaret. Wciąż mówi się tu o jego uroku osobistym, którym zyskał sobie przychylność malarki oraz nakręcił koniunkturę na jej twórczość – ale to tylko słowa, my widzimy jedynie śliskiego krętacza. Burton liczył zapewne na efekt suspensu. Mieliśmy jak na szpilkach czekać, kiedy wreszcie bohaterka odkryje to, co my już od dawna przeczuwamy. Czekamy jednak bez szpilek – choć balon dramaturgii istotnie zostaje przekłuty. Pozostaje jedynie mozół odliczania minut do nieuniknionej "zaskakującej" rewelacji. 


W rezultacie "Wielkie oczy" stają się opowieścią o psychicznej przemocy domowej – tyle że podaną w kolorowej, uroczej otoczce. Walter rozkręca się momentami tak, jakby miał pójść w ślady Jacka Torrance'a, Margaret czuje coraz większy wstręt do siebie samej – w końcu współuczestniczy w mistyfikacji męża – tymczasem Burton zapamiętale maluje ich świat na żółto, na niebiesko i w pozostałych kolorach tęczy. Baśnie opowiadane przez reżysera zawsze podszyte były cierpieniem, ale tym razem fantazyjno-komediowy nawias niefortunnie wypiera traumatyczną rzeczywistość bohaterki. Czyżby Burton spędził w towarzystwie większych niż życie Willy'ego Wonki i Sweeneya Todda tak dużo czasu, że i z Keane'a – małostkowego domowego tyrana – musi zrobić kolejną przerysowaną figurę? Groteska w wykonaniu Waltza nieładnie osłabia przecież tragedię Margaret Keane. Co więcej – podkopuje również jej sztukę. Burton osiąga bowiem paradoksalny efekt: w którymś momencie mamy już tak bardzo dosyć Waltera, że zaczynamy kibicować zaciekłemu krytykowi twórczości Keane (maźnięty równie grubą krechą Terence Stamp), bo ten jako jedyny otwarcie się mu przeciwstawia. Kiedy znawca piętnuje kolejne wady malarstwa Keane, nie sposób powstrzymać się przed przytakiwaniem.


Burton każe nam więc raczej współczuć artystce, niż celebrować jej twórczość. A przecież w końcu osłabia nawet to współczucie, bo podaje jej historię w śmieszno-kolorowej otoczce. Skupiając się głównie na inscenizowaniu kolejnych gagów z Waltzem, lekceważy też intrygujące konteksty, w jakie zaplątany jest sukces bohaterki. Czołówka filmu z maszyną kopiującą obraz z wielkooką dziewczynką podsuwa nam wątek "dzieła sztuki w dobie reprodukcji technicznej". Sukces Keane'ów wziął się przecież z błyskotliwego pomysłu na handel odbitkami, tanimi kopiami sprzedawanymi w supermarketach, a nie drogimi płótnami z galerii. Burton niby cytuje na początku Andy'ego Warhola. Niby wypełnia drugi plan rzędami puszek zupy Campbella w scenie, gdy Margaret ze zdziwieniem odkrywa swoje prace na półce sklepowej. Ale reżyserowi wystarcza rzucenie hasła, nie interesuje go opowieść o tym, jak zamazuje się granica między sztuką a produktem. Podobnie jest z feministycznym wydźwiękiem losów Keane. Mamy tu pytanie o rolę męskiego podpisu w jej sukcesie, mamy też opowieść o kobiecie emancypującej się z toksycznej relacji. Ale to wątki ledwie maźnięte – jak fałszywe autografy Waltera na "jego" obrazach. Wystarczy podrapać, a odpadają. I zostajemy – niestety – z Waltzem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (211 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

o