Recenzja filmu Grizzly Man (2005)
Werner Herzog

Coyote Man

Werner Herzog to twórca z pewnością nietuzinkowy, wyłamujący się z wszelkich schematów. Należałoby powiedzieć: twórca wybitny. W końcu to reżyser, który ma na swoim koncie tak niezwykłe obrazy ...
Filmweb sp. z o.o.
Werner Herzog to twórca z pewnością nietuzinkowy, wyłamujący się z wszelkich schematów. Należałoby powiedzieć: twórca wybitny. W końcu to reżyser, który ma na swoim koncie tak niezwykłe obrazy jak "Aguirre, gniew boży", "Stroszek" czy "Nosferatu - wampir". Mimo niewątpliwych zasług dla kina i wizjonerskiej wyobraźni, która każe mu jako artyście wciąż obierać drogę pod prąd, rzadko kto wymienia nazwisko Herzoga w jednym rzędzie z mistrzami pokroju Felliniego, Antonioniego czy Bergmana. Niemiecki reżyser wciąż jest twórcą, który w pewnym sensie pozostaje w swojej ustabilizowanej niszy jako autor kina trudnego w odbiorze, przeznaczonego dla bardziej wykwintnego typu widza. Zdaje się jednak, że samemu zainteresowanemu niespecjalnie to przeszkadza, a wręcz czuje się w swojej niszy bardzo dobrze, od lat tworząc filmy wymagające od odbiorcy dużej wrażliwości, dzieła które dalekie są od mainstreamowej przyswajalności, ale zarazem wartościowe, niedające się szybko wyrzucić z głowy. W tej niszy równie zajmująca dla Herzoga jest tradycyjna fabuła, co kino dokumentalne, o czym zwłaszcza ostatnimi laty mogliśmy się przekonać wyjątkowo wyraźnie. O ile bowiem Niemiec dokumentowi poświęcał się od zawsze, i to z bardzo dobrym skutkiem, o tyle ostatnio ta jego pasja stała się jeszcze bardziej zauważalna za sprawą dwóch docenionych zarówno przez krytykę, jak i publiczność głośnych pozycji. Mowa oczywiście o "Spotkaniach na krańcach świata" i "Człowieku niedźwiedziu".

Ten drugi tytuł jest właśnie tematem niniejszej recenzji. Często wskazuje się w przypadku tego obrazu, iż Herzog po raz kolejny sportretował tu jednego ze swych typowych outsiderów, ludzi nieprzystosowanych, których kiedyś tak genialnie odtwarzał w dziełach swego przyjaciela Klaus Kinski. Coś naturalnie jest na rzeczy. Reżysera od początków twórczości fascynowali niepoprawni marzyciele, ludzie opętani jakąś ideą i przez tą swoją pasję wyrzuceni poza obręb społeczeństwa. Timothy Treadwell, bohater "Grizzly mana", to właśnie tego typu postać. Człowiek, który 13 lat swego życia poświęcił na ratowanie niedźwiedzi grizzly i przebywanie wśród nich. W dużej mierze figura - zagadka, co doskonale widoczne jest także w trakcie seansu. Praca jego życia znalazła tragiczny, ale jakże "filmowy" finał: w październiku 2003 roku Treadwell i jego dziewczyna, która towarzyszyła mu w jego wyprawach, zginęli pożarci przez jednego z jego "podopiecznych". Te dramatyczne losy były idealną pożywką dla kina, ale twórca "Krzyku kamienia" zamiast tradycyjnej hollywoodzkiej sentymentalnej papki postanowił na bazie niezwykłej historii życia Treadwella zrealizować porywający dokument, który wciąga jak najlepsza fabuła. Decyzja stosowna tym bardziej, że filmowiec dysponował obszernym materiałem zarejestrowanym przez samego obrońcę niedźwiedzi w trakcie jego podróży przez terytoria tych ogromnych drapieżników. Wiele spośród tych zdjęć urzeka swym pięknem i stanowi wspaniałą spuściznę ekologicznej misji jaką wyznaczył sobie tytułowy bohater. Tuż przed napisami końcowymi pojawia się na przykład cudowne ujęcie ukazujące bohatera odchodzącego w siną dal, niczym postać z westernu oddalająca się w stronę zachodzącego słońca. Jego tropem podążają dwa niedźwiedzie, niczym wierne psy u boku swego pana. Temu obrazkowi towarzyszy melancholijny kawałek Dona Edwardsa "Coyotes". Wymarzone zakończenie dla kogoś takiego jak Treadwell - pełne poetyckiej aury i dostojności.

Oczywiście działania zapalonego działacza można postrzegać wielorako. Herzog w swym obrazie przedstawia dwie strony medalu: pojawiają się rozmaite wypowiedzi tyczące się osoby Treadwella i jego postępowania, także te niekoniecznie pochlebne. Niektórzy otwarcie oceniają go jako osobnika lekkomyślnego i nieodpowiedzialnego, który sam nie zdawał sobie sprawy z tego z jakimi siłami się zmaga. Bo "Człowiek niedźwiedź" to przede wszystkim opowieść o związkach człowieka z naturą i o jej okrutnej, pięknej sile. Jednocześnie jednak twórca dokumentu nie stawia żadnych prostych diagnoz, które miałyby służyć za prawdy objawione. Co prawda w kilku momentach Herzog pozwala sobie na pewne odautorskie komentarze, w których wyraża swoje poglądy na dany temat, ale w żadnym razie nie ma tu mowy o manipulacji widzem. Reżyser nie narzuca żadnej interpretacji, mimo niewątpliwej fascynacji, jaką darzy swego bohatera. To odbiorca sam musi wyrobić sobie swoje zdanie. Przyznam, że ja sam miałem nieco mieszane odczucia względem bezustannie opowiadającego o swym uwielbieniu dla przyrody zapaleńca, który pomimo całej swej romantycznej otoczki wciąż pozostaje podległy wszechobecnym prawom natury tak, jak reszta istot na tej planecie. I o to chyba właśnie chodzi w pracy dobrego dokumentalisty: o obiektywne portretowanie świata, tak, aby skłonić siedzącą przed ekranem osobę do myślenia, nie zaś ukazywanie faktów podług własnej woli. I ten cel tutaj został zrealizowany bezbłędnie. "Człowiek niedźwiedź" nikogo nie pozostawi raczej obojętnym, a niejednego z pewnością zachwyci.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).
Caligula
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o