Recenzja filmu Człowiek ringu (2005)
Ron Howard

Człowiek ringu

Jim Braddock to bokser, który na skutek odniesionych kontuzji walczy coraz słabiej, tracąc przez to sympatię i zaufanie fanów. Ludzie już nie chcą go oglądać na ringu, bo nie dostają takiego ...
Filmweb sp. z o.o.
Jim Braddock to bokser, który na skutek odniesionych kontuzji walczy coraz słabiej, tracąc przez to sympatię i zaufanie fanów. Ludzie już nie chcą go oglądać na ringu, bo nie dostają takiego show, jakiego oczekują, a Komisja Bokserska uznaje go za zawodnika niedochodowego i odbiera mu licencję. Jim w czasach Wielkiego Kryzysu zostaje pozbawiony prawa do walki, staje się bezrobotnym, bez nadziei na przyszłość. Stopniowo odcinają mu prąd i wodę za niepłacenie rachunków, jego dzieci marzną i są głodne. Ze złamaną ręką podejmuje ciężką pracę w dokach, udaje mu się też uzyskać zasiłek socjalny, który pomaga mu zwrócić długi i przetrwać. Mimo to jego rodzina żyje w biedzie. Wtedy niespodziewanie zjawia się jego były menadżer z propozycją jednorazowej walki. Warunki? Ma walczyć z pewniakiem - jego przeciwnik w ostatniej chwili zrezygnował i nikt nie kwapi się, by go zastąpić. Dla Jima 200 dolarów to bardzo przekonujący argument, nawet jeśli wie, że walkę przegra. "Nieoczekiwanie" Jim walkę wygrywa, co pozwala mu powrócić na ring i w końcu stanąć do walki o mistrzostwo. Wygrać ją i znowu wrócić na szczyt.

"Człowiek ringu" to wbrew pozorom nie film o bokserze, który zmaga się z własnym losem, ale hagiografia Wielkiej Matki Ameryki. To przecież ona kocha swoich obywateli i zawsze daje im drugą szansę. Jeżeli nie ma pracy, to daje zbawienny zasiłek, a gdy jej dzieci stają się znów bogate, potulnie oddają kwotę zasiłku z nadwyżką, aby Matka mogła karmić inne biedne dzieci. Z pozoru film pokazuje fatalną sytuację, bezrobocie i wyzysk, ale i tak na końcu każdy zaznaje sprawiedliwości i dobrobytu. Nie jest to bajka z morałem, tylko z przerażająco nudnym happy endem. Film o szarych masach dla szarych mas, które może już nie wierzą w Supermana, ale ich idolami są teraz ci, którzy z biedy podnieśli się na szczyty. Sen o kopciuszku w Ameryce trwa i będzie trwał wiecznie, tylko co sezon zmienia się obsada.

Największa wada tego filmu to przewidywalność. Bez trudu domyślamy się zakończenia, bez trudu przewidujemy każdą następną scenę. Scenariusz razi schematycznością, brakiem inwencji i polotu. Finałowa walka trwa zdecydowanie za długo, szczególnie biorąc pod uwagę to, że wiemy jak się skończy.

Oskarowa obsada głównych ról miała zapewnić dobry poziom aktorstwa, ale niestety efekt końcowy wypada marnie. Russell Crowe jest jak zwykle przekonujący, ale nie pokazuje nic nowego - to wszystko już widzieliśmy wcześniej: wzruszające łzy rozpaczy i walka do upadłego. Renee Zellweger też jedynie wydyma policzki i nie zachwyca niczym nowym. Ten film to nieudany mariaż "Gladiatora" z "Bridget Jones". Niektóre ujęcia zrobione są jakby rentgenem i widzimy dokładnie głębokie urazy odnoszone przez bokserów, co też nie jest pomysłem nowatorskim, ale sprawdzonym przez wszystkie seriale kryminalne. No i kostiumy, są niby z epoki, ale zbyt strojne i za wysokiego gatunku, co nasuwa pytanie: skąd takie masy biednych ludzi miały pieniądze na to i na wejściówki na walki, gdy już za rogiem czekało na nich bezrobocie? Warto jedynie zwrócić uwagę na charakteryzację Crowe'a; z pozoru nie widać pracy makijażystów, a może speców komputerowych, ale jego twarz jest zaskakująco zmieniona.

Po "Za wszelką cenę" długo nikt nie powinien poruszać tematyki pięści i ringu, szczególnie jeżeli ma się tak mało ambitną koncepcję. Jest to film z gatunku przeciętny, ale do obejrzenia, dlatego polecam poczekać na DVD w wypożyczalniach.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 31% uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o