Recenzja filmu Transformers: Ostatni Rycerz (2017)
Michael Bay

Czy Transformery golą metalowe brody?

Największym problemem "Ostatniego Rycerza" nie jest niedorzeczność intrygi, ale niefrasobliwy sposób opowiadania, z równą obojętnością traktujący dramaturgię i momenty oddechu od radosnego ...
Filmweb sp. z o.o.
Oczywiście, że nie. Skoro mówimy o nowym filmie Michaela Baya – wszelkie pytania o sens trzeba wystrzelić poza orbitę. We flagowej serii jednego z najbardziej wyśmiewanych reżyserów świata pojawiały się już starzejące się jak ludzie roboty i robotyczne dinozaury, więc negowanie robotów-rycerzy byłoby jedynie zbędnym truizmem. Jednak wielbiciele arturiańskich legend i tak powinni przed seansem "Ostatniego Rycerza" zrobić sobie rozgrzewkę w postaci "Króla Artura: Legendy miecza", aby przełknąć tę rewizjonistyczną historię ludzkości. Okazuje się bowiem, że Transformery odwiedzały naszą planetę od zarania dziejów i, pomagając ludziom po jasnej stronie mocy, stanowiły zaczyn wszystkich heroicznych zwycięstw.    

photo.title

W postapokaliptycznej wizji przyszłości ów pakt został jednak zerwany, a dawni sprzymierzeńcy stali się nielegalnymi imigrantami, broniącymi się jeszcze w nielicznych ziemskich gettach. W jednym z nich żyje mała Izabella - nieustraszona i technicznie uzdolniona latynoska (Isabela Moner), która oczywiście skrzyżuje ścieżki z Cade’em Yeagerem (Mark Wahlberg), tylko po to, by na dalszą część filmu prawie całkowicie zniknąć. Bezduszne obejście się ze świetną postacią i jej paczką chłopięcych przyjaciół pokazuje w skrócie perspektywicznym chyba wszystkie mankamenty produkcji Baya. Nawet jeśli uda mu się na złomowisku swojej wyobraźni znaleźć skarb, odruchowo wrzuca go do zgniatarki.  

Spójne opowiedzenie fabuły najnowszej odsłony "Transformers" mogłoby okazać się zadaniem trudniejszym niż zrozumienie fizyki Czarnych Dziur. Dość powiedzieć, że Yeager ma swój udział w legendzie o Rycerzach Okrągłego Stołu, a łącząc siły z potomkiem Merlina i ekscentrycznym, ostatnim członkiem Arturiańskiej masonerii, spróbuje odwołać Apokalipsę, a przynajmniej odłożyć ją w czasie do następnego sequela. Choć cała intryga nie stanowi żadnego wyzwania dla pamięci roboczej, największym problemem "Ostatniego Rycerza" nie jest jej niedorzeczność, ale niefrasobliwy sposób opowiadania, z równą obojętnością traktujący dramaturgię i momenty oddechu od radosnego palenia kolejnych połaci ziemi. Miejscami jednak można odnieść wrażenie, że gdyby Bayowi umożliwić współpracę ze starszymi niż trzynaście lat scenarzystami i nieco ograniczyć montażystom dzienną dawkę koksu, mógłby wyjść z tego jakiś potomek Kina Nowej Przygody. Bohaterowie, choć szczątkowi, mają sporo wdzięku. Twórcy pozwalają Laurze Haddock – o aparycji bardzo zbliżonej do Megan Fox – stworzyć postać bardziej inteligentną, a Anthony’emu Hopkinsowi – odnaleźć wreszcie kontekst, w którym jego przesadzona na starość maniera aktorska trafia na żyzną glebę.

photo.title

Pomysł na przeniesienie znacznej części akcji do Londynu, w otoczenie angielskiej szlachty, daje też wiele okazji do międzykulturowych żartów. Werbalny fechtunek amerykańskiego chłopaka z sąsiedztwa z angielskimi przedstawicielami klasy (naj)wyższej kończy się oczywiście triumfem gentlemanów. Wysoko urodzeni Anglicy przewyższają generycznie zabawnego, do bólu amerykańskiego Cade’a zarówno pod względem wyczucia komizmu, jak i seksualnej wyobraźni. Cytując klasyka stand-upu, Eddiego Murphy’ego: "Nigdy nie wiesz, gdzie odnajdziesz prawdę o życiu". Od żartów scenarzystów nie rozboli więc ani brzuch, ani zaciśnięta szczęka.

Nie zrozumcie mnie źle – to nadal zły film z serii, która powinna skończyć się, zanim na dobre się rozpoczęła. Ale choć "Ostatni Rycerz" nie podbije serc nowych widzów, wiernym fanom da iskierkę nadziei. Bluźnierstwem byłoby powiedzieć, że to tylko kolejna opera efektów specjalnych. Sceny starć gigantów są tu chyba bardziej czytelne niż w którymkolwiek z ostatnich udanych blockbusterów, jakość CGI, oprawy audiowizualnej i obróbki barw – lepsza niż we wszystkich "Avengersach" razem wziętych. Tylko Michael Bay potrafi ze średniowiecznej bitwy wydobyć ogniste wybuchy, które nie tylko nie wyglądają kiczowato, ale za pomocą ognistych kul rozświetlających ponury mrok zapierają nam dech w piersiach epickim pięknem. Fakt, że bitwa w Anglii V wieku i zapijaczony Merlin kradną show w filmie mającym pretensje do futurystycznej wizji świata, to raczej słaba rekomendacja. Michael Bay, dla którego liczy się tylko to, co działa na kranie, tu i teraz, z pewnością by się jednak nie obraził.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 61% uznało tę recenzję za pomocną (145 głosów).
Ludwika Mastalerz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie
o