Recenzja filmu Wielkie oczy (2014)
Tim Burton

Czy te oczy mogą kłamać?

"'Wielkie oczy' to film stosunkowo skromny, zrealizowany bez nadmiernego blichtru i tasowania barwnymi wizjami niczym z sennych majak. Trzon produkcji stanowi niespotykana relacja między ...
Filmweb sp. z o.o.
Gdyby myśleć w kategoriach stereotypów, należałoby sklasyfikować Tima Burtona jako specjalistę od pokręconych historii utrzymanych w mroczno-zabawowej konwencji. Faktem jest jednak, iż ostatnio ceniony reżyser wszedł w nierozrywalną komitywę z innym ekspertem od ekscentrycznych bohaterów, tj. Johnnym Deppem. Gro pozycji z XXI w. to dziwaczne opowieści przyozdobione fantazyjną scenografią oraz barwnymi kostiumami, z obowiązkowym Deppem na pokładzie. Film "Wielkie oczy" już na samym wstępie zaskoczyć zatem może fanów kreatywnego twórcy niemalże przyziemnym podejściem do fabuły opartej na autentycznych zdarzeniach, które wstrząsnęły światem sztuki. Druga niespodzianka, dla kinomanów zmęczonych osobą naczelnego dziwaka Hollywood stanowiąca pozytywną wiadomość, to brak Deppa w obsadzie produkcji. Jak zatem Burton poradził sobie za sterami okrętu skierowanego na nieco poważniejsze wody, bez kapitana Sparrowa i jego cennych wskazówek?


Margaret Ulbrich (Amy Adams) podejmuje się niezwykłego czynu. Zmęczona nieudanym małżeństwem z mężem, postanawia opuścić dom z córką raz na zawsze. Cóżże w takowym zachowaniu heroicznego? Otóż Margaret żyje w latach 50. ubiegłego wieku, w których to płeć żeńska ma ściśle wytyczoną przez społeczeństwo rolę. Po udanej ucieczce, Pani Ulbrich zapoznaje czarującego Waltera Keane'a (Christoph Waltz), który dzieli z nią malarską pasję. Pech chce, iż stopniowo rozkwitające uczucie przerywa sądowe wezwanie od męża. By utrzymać prawa do opieki nad córką, Margaret decyduje się w ekspresowym tempie wyjść za świeżo poznanego artystę. Państwo Keane spędzają czas wolny na tworzeniu dzieł, wspierając się wzajemnie w wysiłkach. Niestety, piękne widokówki Waltera nie zjednują sobie finansowej aprobaty fascynatów sztuki. Gdy jednak przypadkowo szerszej publiczności zostają zaprezentowane obrazy Margaret ukazujące dziewczynki o przerażająco wielkich oczach, styl malarki okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Cały szkopuł w tym, iż w przypływie szaleństwa mąż przypisuje sobie sukces, zostawiając Margaret w cieniu. Jak długo kochająca kobieta zniesie drugoplanową rolę?


"Wielkie oczy" to film stosunkowo skromny, zrealizowany bez nadmiernego blichtru i tasowania barwnymi wizjami niczym z sennych majak. Trzon produkcji stanowi niespotykana relacja między małżeństwem, która przybiera coraz bardziej wrogie oblicze. Niemniej Burton, nawet w obliczu realności historii ukazanej w filmie, ukradkiem zdołał przemycić lekko wykręcone ujęcia, jeno w bardzo stonowanym i subtelnym wydaniu.


Wraz z rozwojem fabuły, niejeden widz z może stwierdzić, iż to właśnie samo życie pisze najlepsze i najbardziej zaskakujące scenariusze. Oczywiście w przypadku filmów twórcy zawsze naginają fakty, jednak zazwyczaj nadrzędnym celem jest po prostu odpowiednie doprawienie i tak szalenie atrakcyjnych zajść mających miejsce w przeszłości. Nie inaczej jest i w przypadku "Wielkich oczu", które bazują na rzeczywistej historii spowitej nutką twórczej inwencji. Najważniejsze jednak, iż obserwowanie nierównego starcia pomiędzy dwójką malarzy oraz śledzenie kolejnych grzeszków odkrywanych przez jednego z partnerów faktycznie wciąga kinomana niczym ruchome piaski na spalonej słońcem pustyni. Finał filmu zaś mocno czerpie inspirację z kina sądowniczego, oferując jednak ciekawą zabawę utartą konwencją, jak to u Burtona zwykle bywa.


Zmysł artystyczny reżysera równie dobrze widać w scenografii opowieści rozgrywającej się w dwóch dekadach. Jak przystało na pierwszą epokę, tj. lata 50., wydarzenia weń osadzone serwują widzowi paletę pastelowych barw, którymi przyozdobione są klasyczne przedmieścia pełne klockowatych białych domków i równo przystrzyżonych trawników. Nieodzowne elementy wspomnianej dekady, tj. tapirowane fryzury i typowe stroje, również cieszą oko. Co prawda kolejne dziesięciolecie, czyli początek lat 60., nie prezentuje się już na ekranie tak efektownie, tym niemniej jest to raczej wina nastrojów kulturowych wówczas panujących niźli niekompetencji reżysera.


"Wielkie oczy" skupiają się na dwójce aktorów, dając obu artystom porównywalne pole do popisu. Amy Adams wypada niezwykle sympatycznie jako stłamszona artystka walcząca o swoje prawa z coraz większą odwagą. Christoph Waltz zaś po raz kolejny w swojej karierze otrzymał do zagrania skomplikowaną postać o drugiej, głęboko skrywanej naturze. Aktor dostał również szansę na zaprezentowanie swego vis comica w rozbrajającej scenie na sali sądowej. Popis Waltza na granicy błaznowania po prostu miażdży absurdem i niedorzecznością. Najciekawiej wypada jednak finalny pojedynek dwójki bohaterów, który jest świetnym zwieńczeniem równie świetnej historii.


Burton podszedł do filmowego zadania z otwartym umysłem, dzięki czemu widz raczony jest zarówno narracją spoza kadru snutą przez reportera opisującego zdarzenia, jak i ciekawymi zabiegami stylistycznymi. Jak nietrudno zauważyć, tytuł filmu wskazuje na enigmatyczne wielkie oczy, które przewijają się w hiperbolicznej formie przez cały seans. Wraz z postępującym rozchwianiem emocjonalnym bohaterki (czyżby za dużo terpentyny?), Margaret dostrzega wyłupiaste ślepia łypiące nań z twarzy przypadkowych osób. No proszę, niby biograficzna historia, a jednak element psychodeliczny pasuje jak ulał.


"Wielkie oczy" to naprawdę interesujący film, który jedynie po raz wtóry potwierdza, iż Burton jest reżyserem wszechstronnym. Ceniony twórca, do spółki z dwójką scenarzystów, w solidny sposób przetłumaczył niewiarygodną historię na język kinowy, zapewniając widzom kawałek porządnej kinematograficznej strawy. Śmiesznej, wciągającej i zajmującej aż do samego rozwiązania dziwacznego sporu.

Ogółem: 7+/10

W telegraficznym skrócie: tym razem Burton w lekko poważniejszej konwencji; niesłychana, lecz prawdziwa, historia państwa Keane'ów to gotowy materiał na film; scenarzyści udanie napisali skrypt, zaś reżyser równie udanie go wyegzekwował; ładna wizualnie produkcja ze świetnymi rolami głównymi oraz frapującym zakończeniem; poniżej poziomu mistrzowskiego, co jednak w żaden sposób nie ujmuje "Wielkim oczom" wartości.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
kulak4
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o