Recenzja filmu Testosteron (2007)
Andrzej Saramonowicz
Tomasz Konecki

Czy wszystko kręci się wokół kobiet?

Niedawno na własnym blogu zostałem zbesztany, zmieszany z błotem, odmówiono mi prawa do własnych przemyśleń i uwag na temat filmów z kręgu kina ambitnego. Było to wynikiem przedstawienia własnej ...
Filmweb sp. z o.o.
Niedawno na własnym blogu zostałem zbesztany, zmieszany z błotem, odmówiono mi prawa do własnych przemyśleń i uwag na temat filmów z kręgu kina ambitnego. Było to wynikiem przedstawienia własnej recenzji kontrowersyjnego filmu „Salo, czyli 120 dni Sodomy”, i to tylko dlatego, że moja opinia na ten temat nie była głosem znawcy Pasoliniego, czy też filmów podobnych gatunkowo, lecz wyrazem odczuć zwykłego zjadacza chleba. Jeden z członków społeczności tego portalu w ostrych, niezbyt wyszukanych słowach odesłał mnie do telewizji, zabraniając wypowiadania się o filmach nieco innych.

Będąc osobą niekonfliktową poszedłem za jego radą, włączyłem Polsat i obejrzałem po raz drugi „Testosteron”. Na pewno nie jest on przykładem kina ambitnego, aczkolwiek według mnie najlepszym wytworem duetu Konecki, Saramonowicz. Spośród trzech filmów tych twórców, które gościły w ostatnich czasach na naszych ekranach (dwa pozostałe to oczywiście „Lejdis” i „Idealny facet dla mojej dziewczyny”) temu filmowi wystawiłbym najwyższą ocenę.
Głównym celem filmowców była prezentacja kilku historii damsko-męskich z punktu widzenia przedstawicieli płci brzydkiej. Tło dla opowiadań poszczególnych bohaterów o swoich mniej lub bardziej nieudanych relacjach z kobietami stanowi malowniczy zajazd, w którym przygotowano wystawne wesele dla gwiazdy piosenki (odpowiedniczki Dody) oraz pracownika naukowego (tutaj nie znajduję bezpośredniego odniesienia do konkretnej osoby). Ślub, jak się okazało, zakończył się skandalem (gwiazdka zamiast powiedzieć tradycyjne „tak”, zwierzyła się przed księdzem z miłości do innego). Skandal ten miał stanowić tzw. „event”, czyli starannie zaplanowaną aferę, która wywindowałaby piosenkarkę na czołówki gazet. Skąd my to znamy…

W ten oto sposób przedstawiłem dramat sercowy Kornela (Piotr Adamczyk), który sprawił, że w gospodzie gotowej na przyjęcie wesela z okazałą liczbą gości zjawiło się jedynie sześciu facetów. Tym siódmym stał się Tytus – kelner mający obsługiwać wesele. W tej roli spotykamy Borysa Szyca, którego przypadek zabawnie kończy ten film.

W międzyczasie zwierzają nam się pozostali bohaterowie, wśród których moim ulubionym jest Fistach (Tomasz Karolak). Dużo do powiedzenia ma też Tretyn (Maciej Stuhr), choć z jego wywodami na temat kobiet nieco bym polemizował i może dzięki temu zyskałbym sobie mały plusik u płci przeciwnej… Dedukcja Tretyna, z którą ostatecznie zgodziła się pozostała szóstka, kładzie pewien cień na przekaz tego filmu. Twórcy obrazu chcieli być zapewne wyraziści i być może z własną świadomością nie do końca poprawnego wnioskowania wygłosili tezę: wszystko kręci się wokół kobiet (Tretyn użył innego określenia dla pań, ale pozostańmy przy kobietach).

Po części, oczywiście to prawda, ale czy na pewno faceci tylko dlatego kupują szybkie samochody i motocykle, aby zaimponować kobietom? Czy nie dzieje się to również  z powodu dążenia za innymi wrażeniami? Faceci przecież jeżdżą na motocyklach z wielkimi prędkościami, skaczą ze spadochronem, czy wykonują wiele innych ekstremalnych czynności z chęci otrzymania dodatkowego ładunku adrenaliny, który nie zawsze związany jest z kobietami.

Jest też pewnie określona grupa mężczyzn, nieposiadających innej pasji poza kobietami. Przyjęcie więc tezy, że do nich kierowany jest ten film, oznaczałoby to, że ich pasją nie jest kino, więc ten film nie może być ambitnym, gdyż takie filmy kierowane są przecież do pasjonatów kina. Taką oto dedukcją mogę potwierdzić niewysokie ambicje twórców obrazu, bardziej telewizyjne niż kinowe.

Nie chcąc umniejszać jednak zdolności i spostrzegawczości Andrzeja Saramonowicza i Tomasza Koneckiego, skłaniam się ku stwierdzeniu, że poglądy wygłoszone przez bohaterów są wynikiem stereotypowego patrzenia na świat i taką też konwencję przyjęli twórcy „Testosteronu”. Wówczas oceniłbym ten film tylko nieco powyżej przeciętnej. Poszczególne historyjki są niewątpliwie zabawne, lecz wątek wiążący, mimo iż o wiele lepszy niż choćby w „Job, czyli…”, pozostawia jednak trochę do życzenia. Po komedii spodziewałbym się bardziej wartkiej, ciekawej akcji, tutaj jednak czasami odczuwałem znużenie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 25% uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).
jjarek
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)