Czysty brak formy
Mistyfikacja, 2010 [kino] napisano:

44%

uznało tę recenzję za pomocną
(103 głosy).

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Witkacy lubił ponoć kino, ale zżymał się, gdy ktoś nazywał je sztuką. W jego mniemaniu film, w przeciwieństwie do literatury czy malarstwa, nie miał mocy wyzwalania w odbiorcy doznań metafizycznych. Kto wie, gdyby artysta-skandalista nie zdecydował się w przyspieszonym tempie opuścić ziemskiego padołu, być może obejrzałby dzieła Tarkowskiego lub Bergmana i zweryfikował swoją opinię. Po "Mistyfikacji" zdania raczej by nie zmienił – jedyne doznania, jakie oferuje ten film, to nuda i zawód. Niestety.

Wyjściowy pomysł był znakomity – pokazać, co by było, gdyby Witkiewicz nie popełnił samobójstwa w 1939 roku, lecz ukrył się w mieszkaniu swojej metresy i tam spędził następne trzy dekady. Reżyser Jacek Koprowicz (autor pamiętnego horroru "Medium") miał mocne argumenty na potwierdzenie swojej tezy. Po pierwsze, towarzysząca Witkacemu w ostatnich chwilach Czesława Oknińska (w filmie gra ją Ewa Błaszczyk) nie widziała momentu jego śmierci. Po drugie, dokonana w 1994 roku ekshumacja wykazała, iż rzekome zwłoki pisarza w rzeczywistości należały do przypadkowej osoby.  Witkacy jak Elvis – wiecznie żywy?

Koprowicz uczynił centralną postacią "Mistyfikacji" magistranta Łazowskiego (bezbarwny Maciej Stuhr), wyrzuconego z uczelni po wydarzeniach marcowych w 1968 roku. Osobnik ów – notabene znawca twórczości Witkiewicza – ponieważ nie mógł znaleźć normalnej pracy, zdecydował się zostać ubekiem. W trakcie inwigilowania pewnego biskupa bohater spotyka na swojej drodze jedną z licznych byłych kochanek twórcy "Szewców", pannę Zuzę (Karolina Gruszka). Ta pokazuje mu pocztówki, które otrzymała w przeszłości od Witkacego. Znajdujące się na nich daty wskazują na to, że wysłano je kilkanaście lat po rzekomej śmierci nadawcy. Analiza grafologiczna nie pozostawia wątpliwości, czyja ręka zaadresowała kartki. Łazowski rozpoczyna prywatne śledztwo, lecz jego finał okazuje się wysoce niesatysfakcjonujący. PRL-owski Witkacy jest nikim więcej jak otyłym, obleśnym kabotynem marzącym o młodych panienkach, które inspirowałyby go do tworzenia nowych "dzieł sztuki". Na to nie zgadza się jednak Oknińska pragnąca mieć zakopiańskiego artystę wyłącznie dla siebie. Psychologiczny kickboxing owej pary sprowadza się w filmie do bezpodstawnego odgrażania się oraz obrzucania wyzwiskami.

O ile dawno niewidziana na ekranie Błaszczyk jako suka ze skłonnościami do histerii wypada rewelacyjnie, o tyle Jerzy Stuhr w roli Witkiewicza zachowuje się przed kamerą, jakby występował w krakowskim kabareciku.  Pozwala mu na to reżyser niemający pojęcia, od której strony ugryźć intrygujący temat. Chyba nie tylko ja spodziewałem się znaleźć w "Mistyfikacji" dziką perwersję, tak charakterystyczną dla twórczości nienasyconego zakopiańczyka? Jednak poza zabawną sceną w pociągu, gdy Oknińska w stroju zakonnicy zaspokaja Witkacego ustami, w filmie brakuje momentów stymulujących erotycznie lub intelektualnie. A gdzie dekadencja, poszukiwanie Czystej Formy i chęć wymierzenia siarczystego policzka drobnomieszczańskiej moralności? Umieszczając Witkacego w Polsce Ludowej, Koprowicz nie powiedział niczego ciekawego ani o nim, ani o jego sztuce, ani nawet o historii kraju. Grany przez Andrzeja Chyrę oficer służb bezpieczeństwa stwierdza w filmie: Do Witkaca trzeba mieć wątrobę i twardą głowę. Wygląda na to, że reżyser nie spełnia powyższych warunków.
Podziel się z innymi:

Zobacz też:

Pozostałe recenzje użytkowników (1):

komentarze

Dodaj komentarz
Alicijeju

Dziwne że tak niska ocena ogólna filmu. Odpowiadał bardzo dobrze klimatowi jaki tworzył Witkacy. Fantastyczna rola Błaszczyk Ewy. Jej make up przebranej za zakonnice- WOW:))) ta Pani ma uśmiech jak JOKER:)) rewelacyjna kreacja. Zdecydowanie przytłumiła Stuhra którego i tak uwielbiam bez różnicy co zagra:)

Nienasycony_Buhaj

w przeciwieństwie do świetnego filmu recenza jest beznadziejna.

Birdy

film jest miałki jak szkolne recenzje sztuk Witkacego, nie od dziś wiadomo, ze więcej tam bylo GD niz jakiejkolwiek formy. Czysta była czasem wódzia i wsio, ale taką dosłowność to nie w kinie, szkoda czasu na film i recenzję która streszcza połowę filmu. KOLEJNA bzdura to dobrzy Ubecy. Pachołki Rosji i kropka>

alfbrajn alfbrajn

Wg mnie film jest doskonały. Kandydat do prywatnej, osobistej, malutkiej nagrody filmu roku. Rozdaję też kameralny odpowiednik "Złotych Pał". Nominowani są recenzenci lotni jak milicjant. Niewątpliwie pan Łukasz Muszyński jest murowanym faworytem.

Roy_v_beck Roy_v_beck

Co z tego, że film mało Witkacowski, fajnie się ogląda, ciekawie zrealizowany i odstrony zarówno technicznej jak i aktorskiej (wbrew temu, co pisze w recenzji) bardzo dobry jest.

MaciusC

Lukasz Muszynski -autor "recenzji redakcji" jest niczym "Yanek" z Superprodukcji Machulskiego.
Wlasnie obejrzalem Mistyfikacje i film byl super.
Swietny pomysl i swietna realizacja.
"Yanku" trzeba bylo sie raczej dostac do szkoly tetralnej niz wylewac swoje fristracje piszac takie " recenze redakcji".

polala polala

Przepraszam za ten zmultiplikowany komentarz! Filmweb mi coś "nawala"!

polala polala

Do Turski: Tutaj nie chodzi o obronę Witkacego, tylko o ocenę filmu, po którym nie spodziewałam się wiele już po obsadzeniu Stuhra w roli Witkacego. W obecnej kinematografii nie ma miejsca ani na realizację biografii Witkacego, ani też na opowiadanie o jego sztuce, jego pasji i wielkości. I nie chodzi tutaj wyłącznie o brak przygotowania merytorycznego, bo zawsze możnaby się zwrócić do Błońskiego, Geroulda czy Żakiewicz, ale o niemożność mówienia bez popadania w skrajności (apoteozę lub śmieszność) o tajemnicy istnienia, Czystej Formie czy syntezie wielości elementów w jedną całość. Jak tu bowiem mówić o Czystej Formie, która wedle Witkacego staje się treścią sztuki? Jak opowiadać o dziele sztuki, którego zadaniem jest autonomiczność, które nie będzie ograniczone przez tak zwaną zjawiskową powierzchnię świata? Jak opowiadać o akcie twórczym, akcie spontanicznym, a nie przemyślanym, wyspekulowanym? O Witkacym można i należy pisać. Ostatnia doskonała pozycja wyszła spod pióra Janusza Deglera (pt: Witkacego portret zwielokrotniony). O Witkacym nie należy jednak kręcić filmów, bo zawsze będą się one odnosić wyłącznie do tych najbardziej wyeksploatowanych i karykaturalnych aspektów życia Witkacego. To tak jak z Simone de Beauvoir, można o niej pisać, ale oglądać na ekranie by się nie dało. Pozdrawiam!

polala polala

Do Turski: Tutaj nie chodzi o obronę Witkacego, tylko o ocenę filmu, po którym nie spodziewałam się wiele już po obsadzeniu Stuhra w roli Witkacego. W obecnej kinematografii nie ma miejsca ani na realizację biografii Witkacego, ani też na opowiadanie o jego sztuce, jego pasji i wielkości. I nie chodzi tutaj wyłącznie o brak przygotowania merytorycznego, bo zawsze możnaby się zwrócić do Błońskiego, Geroulda czy Żakiewicz, ale o niemożność mówienia bez popadania w skrajności (apoteozę lub śmieszność) o tajemnicy istnienia, Czystej Formie czy syntezie wielości elementów w jedną całość. Jak tu bowiem mówić o Czystej Formie, która wedle Witkacego staje się treścią sztuki? Jak opowiadać o dziele sztuki, którego zadaniem jest autonomiczność, które nie będzie ograniczone przez tak zwaną zjawiskową powierzchnię świata? Jak opowiadać o akcie twórczym, akcie spontanicznym, a nie przemyślanym, wyspekulowanym? O Witkacym można i należy pisać. Ostatnia doskonała pozycja wyszła spod pióra Janusza Deglera (pt: Witkacego portret zwielokrotniony). O Witkacym nie należy jednak kręcić filmów, bo zawsze będą się one odnosić wyłącznie do tych najbardziej wyeksploatowanych i karykaturalnych aspektów życia Witkacego. To tak jak z Simone de Beauvoir, można o niej pisać, ale oglądać na ekranie by się nie dało. Pozdrawiam!

polala polala

Do Turski: Tutaj nie chodzi o obronę Witkacego, tylko o ocenę filmu, po którym nie spodziewałam się wiele już po obsadzeniu Stuhra w roli Witkacego. W obecnej kinematografii nie ma miejsca ani na realizację biografii Witkacego, ani też na opowiadanie o jego sztuce, jego pasji i wielkości. I nie chodzi tutaj wyłącznie o brak przygotowania merytorycznego, bo zawsze możnaby się zwrócić do Błońskiego, Geroulda czy Żakiewicz, ale o niemożność mówienia bez popadania w skrajności (apoteozę lub śmieszność) o tajemnicy istnienia, Czystej Formie czy syntezie wielości elementów w jedną całość. Jak tu bowiem mówić o Czystej Formie, która wedle Witkacego staje się treścią sztuki? Jak opowiadać o dziele sztuki, którego zadaniem jest autonomiczność, które nie będzie ograniczone przez tak zwaną zjawiskową powierzchnię świata? Jak opowiadać o akcie twórczym, akcie spontanicznym, a nie przemyślanym, wyspekulowanym? O Witkacym można i należy pisać. Ostatnia doskonała pozycja wyszła spod pióra Janusza Deglera (pt: Witkacego portret zwielokrotniony). O Witkacym nie należy jednak kręcić filmów, bo zawsze będą się one odnosić wyłącznie do tych najbardziej wyeksploatowanych i karykaturalnych aspektów życia Witkacego. To tak jak z Simone de Beauvoir, można o niej pisać, ale oglądać na ekranie by się nie dało. Pozdrawiam!

zielony40 zielony40

fajny nius :P

TURSKI TURSKI

Na obronę Witkacego mogę dodać, że swojej literatury także nie nazywał dziełem sztuki, ale wracając do filmu to jakoś nie jestem zdziwiony. Nie wiem czy jest w ogóle możliwość zekranizowania biografii Witkacego, tak żeby nie popaść w śmieszność i karykaturę postaci a zarazem nadać jej odpowiedni charakter. Na pewno byłoby o wiele łatwiej z Gombrowiczem albo Andrzejewskim, Witkacego najlepiej opisuje jego legenda. Film jednak oglądnę, chociaż wątpię czy pan Muszyński przesadził w słowach.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: