Recenzja filmu Godzilla (1998)
Roland Emmerich

Daleki krewniak, wujaszka z Japonii

Godzilla. Wszystkim miłośnikom kina kojarzy się odwiecznie z Japonią i monstrualnymi potworami. Tak naprawdę stała się jednym z ważniejszych symboli tego narodu. Hollywood, lubujące się w ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Godzilla (1998)
Godzilla. Wszystkim miłośnikom kina kojarzy się odwiecznie z Japonią i monstrualnymi potworami. Tak naprawdę stała się jednym z ważniejszych symboli tego narodu. Hollywood, lubujące się w robieniu własnych wersji cudzych sukcesów, pod koniec lat 90-tych zakupiło prawa do owego filmu i tak w roku 1998, Roland Emmerich stanął za kamerą i dał nam nową "Godzillę". Jak się okazało zabieg ów wzbudził falę złorzeczeń, jednak pójdźmy po kolei.

Lata 50. XX wieku. Na wyspach Pacyfiku, należących do Francji, prowadzi się kontrolowane wybuchy nuklearne. W ich efekcie zostaje skażone tamtejsze środowisko, zaś zwierzęta i rośliny napromieniowane. Mija kilka dekad i na Oceanie Spokojnym dochodzi do spektakularnej katastrofy. Japoński okręt-przetwórnia zostaje zaatakowany przez coś wielkiego i niemal dosłownie rozerwany na strzępy. Kilka dni później na pewnych wyspach "coś" tratuje miasteczko, a niedługo potem kilka kutrów rybackich znika bez śladu. Uratowany rozbitek z japońskiego statku mówi w malignie tylko jedno słowo 'Godzilla', które w kulturze Japonii oznacza monstrualnych rozmiarów jaszczura, ziejącego ogniem. Rząd USA zbiera ekipę naukowców, która ma wytropić owe stworzenie, nim dotrze do wybrzeży kraju, jednak jak się okazuje, potwór już tam jest. Wielki, głodny i zagubiony w nieznanym mu środowisku, sieje spustoszenie, którego nic nie jest w stanie powstrzymać. 

Fabuła jest bardzo podobna na pierwszy rzut oka do oryginału z roku 1954. I tu Emmerich popełnił pierwszy, gigantyczny błądRoland Emmerich, gdyż stwierdził, że jego film ma być remakiem oryginału. W tej materii się to nie udało. Wizja Hollywood jest czystym kinem rozrywkowym, pełnym akcji oraz naprawdę widowiskowych efektów komputerowych, podczas gdy japoński oryginał to mroczny dramat S-F. Jest to prosty dowód na to, jak zła reklama oraz zmienianie czyjegoś kultowego pierwowzoru, źle wychodzi całej produkcji, która w swym gatunku jest niemal perełką. "Godzillę" Emmericha z miejsca należy właśnie potraktować jako kino czysto rozrywkowe, absolutnie nie związane z japońską linią fabularna, poświęconą owemu potworowi. Tutaj dostajemy odrębną wizję narodzin Godzilli.

Fabuła w filmie mimo iż do bólu przewidywalna, jest dobra, wszystko dzięki scenariuszowi. Ten jest napisany, swobodnie, z dużą ilością humoru oraz prawie absolutną minimalizacją patosu, co mnie naprawdę zaskoczyło u tego reżysera. Jednak wyszło to mocno na plus, bo gdybym miał dostać przepompowaną wyniosłymi mowami, historię o potworze masakrującym jedno z największych miast, to bym chyba zasnął. W tym filmie liczy się akcja, dynamizm i rozmiar, a scenariusz który napisał sam reżyser, właśnie to nam dał. Dodatkowo siłę tego spotęgowali sami aktorzy, w tym przede wszystkim Jean Reno, Matthew Broderick i Maria Pitillo. Zagrali oni chyba najlepiej z całej ekipy, jednak inni aktorzy wcale tak daleko za nimi nie pozostali. Postacie w całym filmie są bardzo przejrzyste, gdy trzeba to zabawne, a co najciekawsze, budzą sporą sympatię u widza. W sumie naprawdę nie można się za bardzo do czegoś przyczepić, jeśli idzie o samych aktorów i scenariusz. Niejeden film w obecnych czasach, może pozazdrościć tak wysokiego poziomu.

Jednak to co jest motorem napędowym w obrazie Emmericha to efekty specjalne. W "Godzilli" mamy ich tony. Nie chodzi mi tu tyko o tytułowego stwora, ale o całą oprawę. Miasto skąpane w strugach deszczu, czy mroczne ruiny wielkich drapaczy chmur, potrafią wzbudzić zachwyt. Same efekty pirotechniczne również trzymają poziom do samego końca, zaś finałowy pościg to wręcz perełka. Sama sylwetka Godzilli, bardzo mi się podobała. Była dopieszczona w najmniejszym calu. Jaszczur miał pooraną bliznami skórę, muskularne ciało, które ozdobione było rogowymi wyrostkami i co najciekawsze bardzo zwinnie się poruszał. Nie jakoś sztucznie i sztywnie, a płynnie co tylko wzmagało poczucie respektu dla samego potwora. Co też ciekawego, gdy został zraniony, owa rana pozostawała. Dodawszy do tego naprawdę świetne zdjęcia i dopracowany montaż dostajemy idealne kino rozrywkowe-akcji. Wszystko to potęguje jeszcze mocniej muzyka, której w filmie jest całkiem sporo, choć wydaje mi się, że mogło być trochę więcej. Jednak efekty odgłosów otoczenia świetnie nadrabiają ten nadmiar "ciszy".

Jak więc należy traktować amerykańską "Godzillę"? Z pewnością jako remake oryginału wypada słabo, wręcz beznadziejnie. Jeśli natomiast podejdziemy do tego jako do kina czysto rozrywkowego, całkiem niezwiązanego z japońską serią, to dostaniemy świetny film. Film ponadczasowy, dzięki efektom specjalnym oraz muzyce. Wszystkim osobom, które są fanami japońskiego Króla Potworów polecam ten obraz, jako czystą rozrywkę czy odskocznię od pierwowzoru. Natomiast każdy, kto nie widział tej produkcji, niech po nią sięgnie, bo warto. Choć też niech nie zapomni rzucić okiem na obraz Ishiro Honda z 1954, bo klasyka czyni mistrza.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 56% uznało tę recenzję za pomocną (34 głosy).
artur_t
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)