Recenzja filmu De-Lovely (2004)
Irwin Winkler

De-Lovely

Podobno gdy człowiek umiera, przed oczami przebiega mu całe życie. Taki jest punkt wyjścia filmu Irwina Winklera, dedykowanego Cole Porterowi. Pewnego wieczoru legendarnego kompozytora odwiedza ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa De-Lovely (2004)
Podobno gdy człowiek umiera, przed oczami przebiega mu całe życie. Taki jest punkt wyjścia filmu Irwina Winklera, dedykowanego Cole Porterowi. Pewnego wieczoru legendarnego kompozytora odwiedza Gabe, zabiera go do teatru i pokazuje musical, którego jest bohaterem. Kompozytor ogląda swoje życie, komentuje je, poprawia epizody pokazane niedokładnie. Wraz z nim przenosimy się z Paryża do Wenecji, a potem z Nowego Jorku do Hollywood. Oglądamy skomplikowane relacje łączące go z żoną Lindą (Porter był gejem), prace nad kolejnymi musicalami, upadek z konia, który uczynił z niego kalekę. Film ilustrują wielkie przeboje Cole Portera (m.in. "In The Still Of The Night", "Night And Day", "It's De-lovely", "Anything Goes") w wykonaniu znakomitych piosenkarzy: Robbie Williamsa, Lemara, Alanis Morissette, Sheryl Crow, Elvisa Costello, Diany Krall, Natalie Cole, Vivian Green, Lary Fabian & Mario Frangoulisa, Micka Hucknalla oraz aktorów występujących w rolach głównych, Kevina Kline'a i Ashley Judd.

Oglądaliśmy już film zrobiony według podobnego pomysłu. To "Cały ten zgiełk" (1979) Boba Fosse'a. Tam Joe Gideona, reżysera i choreografa musicali, odwiedzała śmierć pod postacią pięknej Jessiki Lange. W "De-Lovely" do Cole Portera przychodzi Gabe. Kim on jest? Śmiercią, aniołem, który zabiera kompozytora w podróż na drugą stronę?

Czas twórczej pracy Portera to złoty okres amerykańskiej komedii muzycznej, a więc koniec lat 20. i lata 30. XX wieku. To czasy pulsującego swingu, świetności musicali. Czasy takich gigantów muzyki rozrywkowej jak George Gershwin, Irving Berlin, Jerome Kern, Richard Rodgers. To oni zaczęli pisać prawdziwe amerykańskie musicale, nie wzorując się na europejskich operetkach. Wplatali w swoje kompozycje frazy jazzu, bluesa i ragtime'u, stawiali na taniec. To wtedy największe sukcesy odnosił genialny tancerz Fred Astaire, zresztą śpiewający także piosenki Cole Portera.

Pierwszym prawdziwym przebojem Portera była piosenka "Let's Do It, Let's Fall in Love" z musicalu "Paris" (1928). Dzięki kolejnym hitom zyskał miano jednego z największych kompozytorów Ameryki. Był uniwersalny, bo i komponował, i pisał teksty piosenek, stał się prekursorem tego, co dzisiaj nazywamy piosenką autorską. Jako jeden z pierwszych zaczął używać zwrotów slangowych, języka, jakim posługiwała się ulica, co wydatnie przyczyniło się do popularności jego piosenek. Lubił też muzyczne nowinki. To on spopularyzował begina, taniec rodem z Antyli, pisząc w 1935 roku jedną ze swoich najlepszych piosenek "Begin the Beguine".

Porter nie był kompozytorem jazzowym, on tylko wplatał w swe utwory jazzowe motywy. Tworzył muzykę popularną, rozrywkową, wpadającą w ucho. Najlepsze jego piosenki to właśnie te, które stały się obiektem zainteresowania wykonawców jazzowych. To zresztą także słychać w filmie, wystarczy posłuchać Lemara ("What Is This Think Called Love"), Diany Krall ("Just One Of Those Goes"), Vivian Green ("Love For Sale") czy Natalie Cole ("Every Time We Say Goodbye").

Cole Porter nie miał wielkiego głosu, komponował piosenki, które mógł sam zaśpiewać. Mimo tego nie były one proste, wymagały od wokalisty dobrego przygotowania. W "De-Lovely" jest scena, w której młody aktor krytykuje piosenkę "Night And Day" jako zbyt trudną, wydumaną, ze źle dobranym tekstem. Wtedy Porter zaczyna sam śpiewać udowadniając, że to wcale nie takie skomplikowane.

Ostatnim wielkim sukcesem Cole Portera był musical "Kiss Me Kate" z 1948 roku, a więc na kilka miesięcy przed porywającym debiutem Stanleya Donena i Gene Kelly'ego "Na przepustce", od którego zaczął się zwrot w rozwoju gatunku. "Kiss Me Kate" ten zwrot już zwiastuje: w fabule przeplatają się wątki "Poskromienia złośnicy" Szekspira z przeżyciami aktorów, pracujących nad inscenizacją komedii.

Ostatnim jego musicalem był "Can-Can" (1953), rok później zmarła jego żona i od tamtej pory Porter aż do śmierci nie napisał ani jednej piosenki. Zresztą, to były już inne czasy, czasy rock'n'rolla i beat generation, do których Porter nie pasował.

Światła w teatrze życia Cole Portera powoli gasną. Kevin Kline i Ashley Judd śpiewają piękną, liryczną balladę "In The Still Of The Night". Kompozytor wyruszył w swoją ostatnią podróż.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
o