Recenzja filmu Superman: Powrót (2006)
Bryan Singer

Dlaczego świat nie potrzebuje następnego filmu o Supermanie

Chyba nie tylko ja obserwuję panującą w Hollywood od dłuższego czasu modę na ożywianie komiksów na ekranie. Po Człowieku-Pająku i mutantach Marvella przyszła kolej na reaktywację Człowieka w ...
Filmweb sp. z o.o.
Chyba nie tylko ja obserwuję panującą w Hollywood od dłuższego czasu modę na ożywianie komiksów na ekranie. Po Człowieku-Pająku i mutantach Marvella przyszła kolej na reaktywację Człowieka w trykotach.

Z filmem Bryana Singera sporo ludzi wiązało dość duże nadzieje. Bo w końcu od reżysera "X-manów", które są , moim skromnym zdaniem, jednymi z lepszych ekranizacji komiksów w ogóle, można a nawet należało, oczekiwać całkiem sporo. Niestety, Singer zaserwował widzom film mdły i przynudnawy, nieumywający się nawet do świetnej części pierwszej i drugiej.

Myślę, że winę za zły odbiór "Supermana" można by zrzucić na fatalną obsadę. Brandon Routh to chyba największa pomyłka obsadowa tego wieku. Owszem jest troszkę podobny do wielkiego Christophera Reevsa, ale daleko mu do klasy i umiejętności tego pierwszego. Przez większą część seansu Routh grał miną zbitego spaniela i mam niemiłe wrażenie, że to jego normalny wyraz twarzy a nie aktorstwo. Nie znam jego wcześniejszych "dokonań", ale tym występem przekonał mnie, że aktor z niego żaden i raczej powinien się trzymać amerykańskich tasiemców niż pełnometrażowych superprodukcji. Poza tym, między Clarkiem Kentem a Supermanem nie da się już wyczuć wyraźnej różnicy osobowości, jaką nadał tej postaci Reeve. Nie wiem na czym to polegało, ale gdy patrzyło się na Reevsa dokładnie się wiedziało, którą z postaci właśnie odgrywa, nawet gdyby zamknąć oczy. Natomiast Routh to zbyt słaby aktor, by nadać choćby inny wyraz twarzy czy intonację głosu Kentowi i Supermanowi.

Następną pomyłką obsadową jest, moim zdaniem, Kate Bosworth. Pomijam fakt, że fatalnie wygląda jako brunetka i znam ją głównie z brukowych doniesień a nie filmów, co chyba nie jest dobrą rekomendacją. Ona jest po prostu słabą aktorką. Na szczęście nie jest tak zła jak Routh (aż dwóch beznadziejnych aktorów w filmie o takim budżecie wskazywałoby na chorobą psychiczną producentów) i jest w stanie wykrzesać z siebie czasem jakieś emocje, ale to już nie jest ta Lois Lane, którą lubię i pamiętam. Po części pewnie dlatego, że postać ta przeszła pewnego rodzaju ewolucję - z niezależnej reporterki przemieniła się w stateczną matkę i przyszłą żonę. Mnie właśnie o tę stateczność chodzi, która nijak nie pasuje mi do charakteru Lane. Przecież pazura się nie traci wraz z zostaniem matką. Dziecko chyba nie zmienia charakteru do tego stopnia, że z przebojowej kobiety Lane stała się nudna i monotematyczna ("Nie chcę pisać o Supermanie", "Czemu się nie pożegnałeś Supermanie?", "Nie będę rozmawiała o Supermanie!" - po kilku takich kwestiach człowiekowi odechciewa się wszystkiego, uwierzcie mi). Ale tak właściwie czemu ja tak narzekam? Przecież po duecie Routh - Bosworth nie można się było spodziewać wielkiego aktorstwa. Co innego Kevin Spacey, który jest mistrzem w swoim fachu. I chyba jego beznadziejna (niestety!) kreacja rozczarowuje najbardziej.

Lex Luthor nigdy nie był specjalnie pociągającą postacią. Złoczyńca otaczający się bandą przygłupów i do tego z manią wielkości nie może jawić się aktorowi jako ciekawe wyzwanie. Jednak Gene Hackman uczynił zeń postać dosyć interesującą i zabawną, chyba dzięki improwizacjom na planie. Spacey natomiast wyraźnie męczy się w tej roli. Widać, że z odgrywania złoczyńcy nie ma żadnej frajdy, bo ani to żadne wyzwanie aktorskie, ani charakterologicznie mu ta postać wyraźnie "nie leży". W konsekwencji widz przez dwie godziny z hakiem obcuje z nabzdyczonym bufonem, który nie potrafi nawet zdobyć się na odrobinę dowcipu. Wydaj mi się, że wszystkie sceny, w których Spacey próbuje być zabawny wywołują jedynie uśmieszek politowania. A wciąż, mimo tego, że Spacey nie jest ani zabawny ani tym bardziej dobry gra najlepiej z całej ekipy. Tak więc sami widzicie, jak mizernie przedstawia się ten film od strony aktorskiej. Na szczęście pozostałe "składowe" przedstawiają się nieco lepiej.

Przede wszystkim efekty są na bardzo dobrym poziomie, ale to już tradycja w tego typu produkcjach. Ciekawie wypada sekwencja na Alasce oraz moment spotkania Luthora z Jor-Elem ("wklejony" Marlon Brando). Poza tym, twórcy zafundowali widzom kilka scec typowo "supermanowskich" jak łapanie spadającego samolotu czy lot nad miastem, które wypadają kolejno efektownie i ładnie. Tak więc efekty wizualne i zapierające dech sekwencje ratowania rozmaitych przedstawicieli rasy ludzkiej to najmocniejsze strony produkcji. Niestety fabularnie film przedstawia się dość mizernie, a co więcej momentami nudzi, co moim zdaniem jest niedopuszczalne w przypadku filmów przygodowych. Po godzinie seansu widz ma już dosyć głupiego niezdecydowania Lois, skoro i tak wiadomo, że zostawi narzeczonego dla Supermana. Poza tym, postać synka reporterki jest narysowana zdecydowanie zbyt marginalnie, biorąc pod uwagę fakt, że nie jest to taki całkiem zwykły chłopiec (co w pewnym momencie zrobiło się oczywiste). I gdzie się podziała choć odrobinę humoru? Może i jakieś dialogi były zabawne, ale ja jakoś tego nie zauważyłam. A najśmieszniejszą scenę producenci zdradzili już w zwiastunie.

Patrząc obiektywnie "Superman: Powrót" to strata czasu i pieniędzy. Szkoda, że Amerykanie tego nie wiedzą, bo ponoć już planują część następną. Ale "w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz", a coś mi się wydaje, że widzowie nie kupią drugi raz tak beznadziejnej historyjki.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 55% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
Arien
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)