Recenzja filmu Sztandar chwały (2006)
Clint Eastwood

Dobra przekąska nie jest zła

Nie będę ukrywać, że Clint Eastwood od pewnego czasu należy do grona moich ulubionych reżyserów. Wspaniale jest odkrywać za każdym razem coś nowego w jego filmach. Moim zdaniem jest on niezwykłym ...
Filmweb sp. z o.o.
Nie będę ukrywać, że Clint Eastwood od pewnego czasu należy do grona moich ulubionych reżyserów. Wspaniale jest odkrywać za każdym razem coś nowego w jego filmach. Moim zdaniem jest on niezwykłym człowiekiem, z ogromnym bagażem doświadczeń, którymi w pewien sposób dzieli się z widzami. Doskonale rozumie oczekiwania swych odbiorców, stara się im sprostać, nie zapominając jednak o własnych przekonaniach, dzięki czemu każdy jego film zawiera ogromną dawkę różnorodnych emocji. Jedynym smutnym faktem jest to, iż Eastwoodowi przybywa lat w metryce, zatem pozostaje tylko mieć nadzieję, że nadal będzie w tak dobrej formie jak dotychczas.

Rok temu całkowicie przypadkowo natrafiłam na informację o tym, że powstaje film, w którym zagra mój ulubiony aktor - Ken Watanabe. Od tej chwili musiałam się tym zainteresować. Tytuły robocze zmieniały się co jakiś czas, w końcu jednak wyjaśniło się ostatecznie, iż chodzi o "Listy z Iwo Jimy". Moja radość była tym większa, że reżyserem został Clint Eastwood. Bardzo entuzjastycznie podeszłam do jego pomysłu zrealizowania dwóch filmów o tej samej tematyce, ukazujących pewne historyczne zdarzenie z punktu widzenia dwóch przeciwnych stron. Od razu można było wyczuć, że Eastwood mocno zaangażował się w ten niezwykły projekt. Rozpoczął się czas biernego oczekiwania na dwie premiery. Przyznaję, że nieco zasmucił mnie fakt, iż to właśnie "Sztandar chwały" wejdzie pierwszy do kin, gdyż zdecydowanie bardziej ciągnęło mnie do "Listów z Iwo Jimy". Na seans poszłam jednak z dobrym nastawieniem i dużym zainteresowaniem. Z zaskoczeniem zauważyłam, że na sali prawie nie było przedstawicielek płci pięknej, co jednak szybko wytłumaczyłam sobie gatunkiem, do którego bez wątpienia należy "Sztandar chwały". Niestety, filmy wojenne, nawet w reżyserii mistrzów, nie gromadzą ogromnej widowni...

Zacznę może od obsady. Jako całość, ogół, prezentuje się ona całkiem nieźle. W pojedynkę nie jest już tak dobrze. Od razu zaznaczam, że Ryan Phillippe nie należy do grona aktorów, którzy mogą mnie czymś zaskoczyć. W każdej roli prezentuje się tak samo, nie wyróżnia się niczym ponad minimalną przeciętność. Nie da się ukryć, iż jego bohater - sanitariusz John "Doc" Bradley - musiał kryć się ze swoimi uczuciami, aby nie przestraszyć na śmierć swoich "pacjentów", jednak Phillippe zdaje się całkowicie wypruty z wszelkich emocji i właśnie dlatego nie wzbudza entuzjazmu u widza. Na tle wybuchów wydaje się sztuczny. Szkoda, gdyż ktoś zdolniejszy od niego mógłby wykrzesać nieco więcej iskierek z tej postaci. Jesse Bradford nie miał zbyt trudnego zadania - jego bohater to klasyczny typ maminsynka, któremu na sam widok broni robi się niedobrze, dlatego poradził sobie z tym całkiem nieźle. Brawa należą się Adamowi Beachowi, który w rewelacyjny sposób ukazał swoją postać Indianina - enigmatycznego Iry Hayesa. Bardzo dobrze zobrazował on złożoną osobowość "Wodza", który nie może sobie poradzić z faktem, że jego koledzy giną na wojnie, a on znajduje się w bezpiecznym miejscu i nie może im pomóc w żaden sposób. Barry Pepper jako Mike oraz Nepal McDonough jako kapitan Severance też zagrali wiarygodnie. Reszta aktorów jakoś specjalnie nie wyróżniła się z tłumu statystów. Właśnie z obsadą aktorską związany jest pewien duży problem, którego po prostu nie można przeoczyć. "Sztandar chwały" nie wytwarza aż tak silnych emocji, które mogłyby stworzyć więź z widzem. Oglądając zmagania żołnierzy, nie kibicujemy im, nie współczujemy, nie angażujemy się w to, co widzimy na ekranie - nikomu nie zależy na tym, czy dany bohater przeżyje, czy też nie. Dosłownie jakby oglądało się jakiś dokument historyczny - wiemy, że to już było i co z tego?

"Sztandar chwały" to opowieść skupiająca się głównie na trójce z szóstki żołnierzy, którzy w chwili wznoszenia amerykańskiej flagi na górze Suribachi na japońskiej wyspie Iwo Jimie dali Amerykanom nadzieję na wygraną, tym samym pozbawiając samych siebie szans na normalne życie. Ujęcia z pobytu trójki żołnierzy w ojczyźnie przeplatają się z retrospekcjami krwawych i brutalnych walk. Niestety, już na samym początku widać, że Eastwoodowi nie udało się uniknąć wzniosłego patetyzmu. Mają na to wpływ dialogi i sztuczność chociażby Ryana Phillippa. Widz od razu wie, że w delikatny sposób zachęca się go do współczucia amerykańskim marines, co u mnie osobiście wywołało nieco negatywne odczucia. Zbyt mocno podkreślono owe 'bohaterskie czyny' Amerykanów na polu walki, które nie były niczym innym jak obroną przed śmiercią lub zabijaniem z zimną krwią. Reżyser chciał przeanalizować termin 'bohater' i ukazać, że ci młodzi chłopcy wcale nie myśleli tak o sobie. Dla nich każdy dzień zaczynał się i kończył cichymi modlitwami o powrót do domu, a nie o wygranej walce dla ojczyzny. Gdzieś w tle cicho przebrzmiewała ambicja, aby popisać się przed kolegami, jednak zdrowy rozsądek podpowiadał, że nie wato się zbytnio wychylać, gdyż i tak walka jest z góry wygrana. Stawką była tylko ostateczna ilość zabitych i rannych.

Nie da się ukryć, że owe sceny, w których trójka głównych bohaterów znajduje się już w Ameryce, są dużo gorsze od tych z Iwo Jimy. Mimo, że Eastwood bardzo umiejętnie zaznaczył różnicę czasową między tymi dwoma światami, podkreślając je odmienną kolorystyką taśmy filmowej (Iwo Jima to tonacja szaro - niebieska, zaś Ameryka - jaskrawe barwy, które doskonale charakteryzują podejście Amerykanów do walk, które mają miejsce gdzieś daleko i są wyraźnym utrudnieniem dla żołnierzy powracających z wojny, którzy nie mogą przystosować się do otaczającej ich rzeczywistości), to jednak nie uniknął patosu, który po prostu drażni widzów, gdyż przypomina tandetne kino hollywoodzkie. Nic dziwnego, że młodzi chłopcy boleśnie odczuwali surrealizm swojego położenia. Rząd USA w sposób cyniczny zrealizował swój plan zdobycia funduszy na wojnę - wykorzystano 'bohaterów' wojennych jako 'maskotki' dla tłumów i oczywiście maszynki do robienia pieniędzy. Plan jakże prosty i genialny, który po prostu musiał się udać.

Od strony technicznej "Sztandar chwały" to świetnie zrealizowane widowisko, które swym rozmachem i scenami batalistycznymi dosłownie wciska widza w fotel. Eksperymenty z barwami taśmy to wielki pozytyw, który doskonale odzwierciedla emocje postaci. Słynna fotografia pokazująca zatknięcie flagi na Iwo Jimie, zrobiona przez fotografa Joe Rosenthala (w rzeczywistości ukazująca drugie zatknięcie flagi na wyspie) to tylko pretekst do stworzenia wielkiego dzieła wojennego, w którym, jak to zwykle u Eastwooda, muzyka jest jednym z najważniejszych elementów. Tym razem Eastwood sam skomponował muzykę, współpracując ze swoim synem, Kylem i jego wspólnikiem, Michaelem Stevensem. Mogę przyznać, iż główny motyw muzyczny ze ścieżki dźwiękowej na długo zostaje w pamięci.

Jak powstają gwiazdy uwielbiane przez tłumy? Czy osoba z etykietką 'bohater' rzeczywiście jest nadczłowiekiem? Co w rzeczywistości kryje się pod tą maską? Cierpienie ponad wszelką miarę oraz rosnące poczucie odosobnienia i niezrozumienia. Bez wątpienia ludzkość potrzebuje takich herosów, aby móc dalej trwać w swej tępocie i wygrywać kolejne bitwy, wojny, nie tylko te militarne. Eastwood ukazuje jednak, że prawdziwi bohaterowie umierają niezauważeni, a ich męstwo najczęściej zostaje zapomniane. "Sztandar chwały" to nie film o wygranej, lecz o wpływie tej wojny na jej uczestników. To także opowieść o przyjaźni i chęci przeżycia za wszelką cenę. Nie da się ukryć, iż reżyser starał się zachować obiektywność, jednak w przypadku Amerykanów i reszty świata - większość intencji, nawet tych najlepszych, zostaje najczęściej odebrana w ten sam sposób. Dużym plusem jest całkiem udana próba analizy bohatera, oraz stwierdzenie, że jednostka nic nie znaczy w obliczu wojny narodów.

Podsumowując: muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś więcej po "Sztandarze chwały". O rozczarowaniu nie może być mowy, choć po seansie pozostaje pewne uczucie niedosytu. Film ten ma swoje dobre momenty, jednak nie potrafi ostatecznie porwać za sobą widza i przekonać go, że warto się zaangażować emocjonalnie. Mimo wysiłków o zachowanie obiektywizmu - w pewnych scenach nie udało się tego przekazać, niewątpliwie jednak Eastwood cały czas trzymał się prostej linii, linii prawdy. "Sztandar chwały" to niezaprzeczalnie solidny dramat wojenny, który można potraktować jako całkiem niezłą przygrywkę do "Listów z Iwo Jimy". W końcu dobra przekąska przed głównym daniem nie jest zła, prawda?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o