Recenzja filmu Posejdon (2006)
Wolfgang Petersen

Dokąd płynie Posejdon?

Dokąd płynie "Posejdon"? Docelowo zmierza na dno. Zanim jednak je osiągnie, czeka nas zabawa pod hasłem "jaka piękna katastrofa". W tę piękną katastrofę zainwestowano, bagatela, 160 mln dolarów, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Posejdon (2006)
Dokąd płynie "Posejdon"? Docelowo zmierza na dno. Zanim jednak je osiągnie, czeka nas zabawa pod hasłem "jaka piękna katastrofa". W tę piękną katastrofę zainwestowano, bagatela, 160 mln dolarów, więc na ekranie się dzieje. Mamy zawały trupów, złośliwe kable wysokiego napięcia, wodę, ogień, przyprawiające o zawrót głowy przepaści i klaustrofobiczne szyby wentylacyjne, skoki na główkę w morze płonącej ropy oraz świętej pamięci Johnny Casha śpiewającego, jakże a propos, swój nieśmiertelny "Ring of Fire". Te zapierające dech w piersiach inscenizacje musiały być naprawdę drogie, bo mimo budżetu wielkiego jak ocean, pieniędzy nie wystarczyło na dobre dialogi, sympatyczne postaci oraz zmotywowanie aktorów do tchnięcia w owe postaci odrobiny życia. Schematów kina katastroficznego nawet nie próbowano tu odświeżać - oczywiście jeżeli nie liczyć faktu, że przez ów banalny schemat płyniemy tym razem do góry nogami, co jest, przyznajmy, urozmaiceniem i niewątpliwą atrakcją. Jeżeli macie łódkę, nie wpuszczajcie przypadkiem na jej pokład faceta nazwiskiem Wolfgang Petersen. Ten zadomowiony w Hollywood Saksończyk ma złą rękę do jednostek pływających - notorycznie je zatapia. Przepustką Niemca do międzynarodowej kariery było przecież pamiętne "Das Boot" (film o łodzi podwodnej), zaś jednym z największych przebojów "Gniew oceanu". Teraz nasz morski wilk dostał do zatopienia liniowiec. Statek jest elegancki, ale nie nowy. Petersen kręci remake "Tragedii Posejdona", katastroficznego klasyka sprzed 30 lat. Oryginał był perłą kina klasy B; campowy czar "Tragedii..." ma do dziś swoich wiernych fanów. Petersen jednak nie czaruje, tylko wciska w fotel. Ekspozycja jest skrócona do niezbędnego minimum; z tłumu pasażerów reżyser wyłuskuje kilka postaci, którym za chwilę będziemy kibicować w walce o życie. Ogół, rzecz jasna, spisany jest z góry na straty i wystąpi zaraz w roli mięsa armatniego katastrofy: będzie ginąć spadając z wysokości (czyli z podłogi na sufit), tonąć, płonąć, porażać się prądem, nadziewać na nogi od krzeseł i leżeć w przerażających zwałach trupów. Ci, którzy nie polegną od razu, będą czekać w wywróconej do góry nogami sali balowej (jest Sylwester!) na ratunek. Czekaj tatka latka! Jak trzeźwo zauważa jeden z naszych bohaterów (z zawodu architekt), statek nie był przecież projektowany z myślą o pływaniu pokładem w dół. Nie ma co czekać, trzeba uciekać! Reszta to mieszanina niewiarygodnych przygód z fabularną rutyną.

To film gatunkowy, więc wiemy, że bohaterowie dotrą do celu - pytanie tylko którzy, bo ktoś jednak musi zginąć. W tym względzie na "Posejdonie" panują bezwzględne reguły marksistowsko-darwinowskie. W tych zasadach nie mieszczą się wytyczne politycznej poprawności, co dziwi w filmie amerykańskim - ale reżyser w końcu z pochodzenia jest Niemcem. Przeżyją więc najsilniejsi (oczywiście z wyjątkiem dziecka, które jest nie do ruszenia - publika nie wybaczyłaby uśmiercenia niepełnoletniego), ale również najzamożniejsi i najbielsi. Symbolem rasowego podziału na ocalonych i ofiary jest scena, w której biały, bogaty architekt wisi nad czeluścią windowego szybu, a do nogi architekta uczepiony jest latynoski kelner. Nie ma rady, Latynos musi zostać strząśnięty w przepaść. Do końca filmu zginie reszta kolorowych i ubogich. Ktoś skłonny do nadinterpretacji mógłby odczytać w tym aluzję do zeszłorocznych wydarzeń w Nowym Orleanie - kiedy miasto padło pod ciosami huraganu i powodzi, biali mieszkańcy z klasy średniej sprawnie się ewakuowali; czarny proletariat został porzucony na pastwę żywiołów. Ale w filmie jest także inny trop. Jeden z liderów desperackiej ucieczki z tonącego liniowca to były burmistrz Nowego Jorku - postać w każdym calu heroiczna, jako żywo przypominająca burmistrza Giulianiego w czarnych godzinach ataku na Twin Towers. Pierwszy morał z tego taki: jeżeli znajdziesz się przypadkiem na tonącym statku, trzymaj się z białymi Republikanami. Drugi morał brzmi: jeżeli nie jesteś białym anglosaskim protestantem podróżującym pierwszą klasą i masz pecha być kolorowym kucharzem, kelnerem lub nawet kapitanem, zastanów się dobrze, zanim wsiądziesz na transatlantyk.

Sceny akcji w "Posejdonie" są pierwszorzędne; Petersen to fachura i potrafi zainscenizować imponujące sytuacje; w filmie jest kilka nie lada sekwencji. W całości "Posejdon" przypomina jednak bardziej platformową grę komputerową niż prawdziwe kino. Widowisko Petersena kosztowało więcej niż cała produkcja filmowa w takim kraju jak Polska - i to na przestrzeni kilku lat. W tym kontekście za miliony dolarów nie udało się jednak za wiele zrobić - jest na co popatrzeć, ale zapomina się te cuda już w parę sekund po wyjściu z kina.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 56% uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

o