Recenzja filmu Gabinet doktora Caligari (1920)
Robert Wiene

Doktor wciąż żywy

Film Roberta Wiene’a z 1920 roku, choć zaliczany jest do klasyków horroru, dziś nie przyprawia już widza o dreszcze. Współczesna lektura "Gabinetu doktora Caligari" jest raczej wykładem z ...
Filmweb sp. z o.o.
Film Roberta Wiene’a z 1920 roku, choć zaliczany jest do klasyków horroru, dziś nie przyprawia już widza o dreszcze. Współczesna lektura "Gabinetu doktora Caligari" jest raczej wykładem z historii kina, aniżeli straszącą opowieścią grozy. Seans kinowy tego pradziadka horroru jest swoistą podróżą w czasie, dającą widzom pokaz przemian, jakie zaszły w samym gatunku, jak i w kinie w ogóle. Przez te blisko osiemdziesiąt lat techniki narracji, budowania grozy i podejmowane tematy przeszły znaczną metamorfozę, trudno więc oczekiwać, że dzisiaj wyjdziemy po pokazie "Gabinetu..." cali roztrzęsieni. Pytanie zatem samo się nasuwa: czy dzieło Wiene’a przetrwało próbę czasu i czy właściwie nadaje się na powrót na duże ekrany?

Tytułowego doktora poznajemy dzięki opowieści głównego bohatera, Francisa. Snuje on pewnemu nieznajomemu historię, której był kiedyś uczestnikiem. Otóż do niewielkiego miasteczka przybył tajemniczy doktor Caligari, który prezentuje na odbywającym się właśnie festynie swoją medyczną sensację – lunatyka Cesare’a, który zna odpowiedź na każde pytanie. Przyjaciel Francisa postanawia skorzystać z okazji i dowiedzieć się, jak długo będzie jeszcze żył. W odpowiedzi słyszy, że do świtu następnego dnia. I rzeczywiście, mężczyzna zostaje znaleziony martwy następnego dnia. Wraz z tym wydarzeniem w miasteczku zaczynają ginąć mieszkańcy. Podejrzenie pada oczywiście na doktora Caligari i Cesare’a. Jak na dzieło sprzed blisko osiemdziesięciu laty, film Wiene’a może się pochwalić mistrzowską grą chronologiczną – fabuła rozgrywa się na kilku płaszczyznach czasowych, lecz ani na chwilę nie traci z klarowności. A gdy w finale reżyser funduje zaskakujący zwrot akcji, całość nabiera jeszcze dodatkowego sensu. Okazuje się bowiem, że historia jest wynikiem fantazji szaleńca i wszystko, czego byliśmy wcześniej świadkami, jest zręczną mieszaniną wątków realistycznych z nierzeczywistymi. To "Gabinet doktora Caligari" zapoczątkował w kinie fascynację tematem chorób psychicznych, mimo że w czasie, gdy powstawał, psychoanaliza jako taka była nauką młodą, wypracowującą dopiero swoje podstawy.

Niemieckie dzieło realizowano jako jeden z licznych manifestów niemieckiego ekspresjonizmu. Ducha tego nurtu wyczuwa się w każdej klatce filmu, a najbardziej daje się go zauważyć w scenografii, która niepodobna jest do niczego. Widowiskowe tło zbudowali plastycy z grupy "Der Sturm" – między innymi Walter Reimann, Hermann Warm i Walter Rohrig. Artyści namalowali całą scenografię filmu na płótnie, a precyzja ich wizji i jej wykonanie przytłaczają widza w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zaryzykuję stwierdzenie, że pomimo nachalnej wręcz sztuczności ich dzieła, podczas seansu można zapomnieć, że jest to pomalowany papier i uwierzyć w tą zdeformowaną rzeczywistość, jakby istniała naprawdę. "Gabinet..." zawiera wszystkie cechy charakterystyczne dla niemieckiego ekspresjonizmu. Poskręcane budynki, przedziwne detale, załamania perspektywy i silne kontrasty czerni i bieli porzucają realizm na rzecz przerażającej, sennej rzeczywistości. Próżno tu szukać jakiegokolwiek oparcia – dominuje ekspresjonistyczne zamiłowanie do kątów ostrych, które zniekształcają domy, meble, a nawet uliczki.

Większość filmu wypełnia rzeczywistość w krzywym zwierciadle. Zauważa się jednak u Wiene’a wyraźny kontrasty między scenami otwierającymi "Gabinet...", gdy Francis zaczyna swoją opowieść, a tymi będącymi jej treścią. Już tutaj mamy sygnał, że historia rozgrywa się na granicy jawy i snu – realizm kontrastuje z jego brakiem. Twórcy nadając miastu charakteru nierzeczywistego, chcieli podkreślić szaleństwo bohatera. Wraz z oniryczną muzyką, scenografia buduje niesamowity nastrój, który bije na głowę wszelkie próby konstruowania mrocznej atmosfery we współczesnym kinie.

"Gabinet doktora Caligari" był pierwszym dziełem niemieckiej kinematografii, które wprowadzało postać tyrana – ten element filmu po latach zaczęto interpretować jako przepowiednię nadejścia faszyzmu w Niemczech i kultu jednostki – w domyśle hitleryzm. Rozmach interpretacyjny łatwo jednak zastąpić nadinterpretacją. W przypadku dzieła Wiene’a lepiej więc pozostać bliżej ziemi. A i tu obraz pozostawił niemałe piętno, w tym przypadku na całym gatunku. Czym byłby dzisiejszy horror, gdyby twórcy "Gabinetu..." nie zastosowali demonicznej charakteryzacji, niespotykanych zbliżeń podkreślających przesadną gestykulację i mimikę aktorów, co przy brawurowej grze światłami, podkreślało już i tak niepokojący klimat opowieści? Na pytanie postawione we wstępie, nie ma zatem innej odpowiedzi: dzieło Roberta Wiene’a, nawet po osiemdziesięciu latach, broni się bez większego wysiłku. Owszem, nie doprowadzi widzów do palpitacji serca, ale strona wizualna filmu i niepowtarzalna atmosfera nie straciły nic ze swej atrakcyjności, a może nawet zyskały po latach.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)