Dorastanie w aquaparku

Wyrok brzmi: 14-latek spędzi wakacje w letnim domku razem ze swoją upierdliwą rodziną. A to oznacza nie tylko zmartwione spojrzenie matki, ale też towarzystwo jej nowego chłopaka, który pozuje na wzór męskości, przy każdej okazji starając się przekonać Duncana, jak niewiele jest wart. Inny nowy nabytek to przyszyta siostra – starsza, więc traktująca go jak psią kupę, która przyczepiła się jej do podeszwy. Do rozrywek, które zapewniają mu dorośli, dochodzą seksualne niepokoje związane z atrakcyjną sąsiadką. Męka jest tym większa, że wszyscy wokół niego świetnie się bawią, bo są w miejscu, które do tego obliguje. Dorośli piją, romansują i kompromitują się, a starsze dzieciaki zrywają się ze smyczy i oganiają od małolatków, którzy zamknięci między tymi dwoma żywiołami próbują, jak Duncan, przetrwać.

Jeśli chłopiec ma pokonać trudy nadciągających dni, musi znaleźć dla siebie jakiś azyl. Niespodziewanie odnajduje go w aquaparku służącym za miejsce pracy i twierdzę dla miejscowego lekkoducha Owena. Dorosły facet imponuje Duncanowi, bo robotę traktuje jako okazję do zgrywy, niczym się nie przejmuje i robi wszystko, by nikt przez pomyłkę nie potraktował go poważnie. Zajmuje się głównie byciem nieznośnym i rzucaniem dowcipów w tempie karabinu maszynowego. Przyjazna dłoń wyciągnięta do spiętego nastolatka to kaprys pasujący do jego życiowej dewizy: nigdy nie podążać za schematami. Czyni to z niego zresztą dość osobliwą figurę, bo sam jest postacią dość schematyczną. Co zresztą mniej oryginalnego niż amerykańska komedia inicjacyjna?

Każda postać, każda relacja z tego filmu jest kliszą. Kobieta rozpaczliwie pragnąca, by jej nowy związek się powiódł, zmuszona jest do wyboru między mężczyzną a synem. Facet, który ma gwarantować stabilizację, kryje swoje liczne wady pod starannie wyprasowanymi kołnierzykami. Biologiczny ojciec, mieszkający daleko, więc idealizowany, zajęty jest swoją nową rodziną. Dowcipniś, który za wieczną zgrywą chowa się przed dorosłością. A w środku tego bałaganu dzieciak, który wyrósł już ze świata zabawek, ale – o czym nie omieszkają przypomnieć mu wszyscy wokół – wciąż jest za mały, by pchać się do spraw dorosłych. A jednak ta schematyczność zupełnie nie przeszkadza w dobrej zabawie. Chemia działa, dowcipy śmieszą, czas płynie wartko jak woda w aquaparku. Szablony są jak muzyczne standardy w rękach uzdolnionych solistów. Mnóstwo miejsca dostają aktorzy, których głównym zadaniem jest raczej czarować widza, niż budować złożoną kreację.

I czarują: Maya Rudolph, Toni Collette, Allison Janney (która jeden do jednego przenosi tu swoją postać z "Pary na życie" Sama Mendesa), młodziutki Liam James, a przede wszystkim Sam Rockwell w roli Owena, napędzający całość i nawet w słabszych momentach kradnący scenę za sceną. Chwilami wydaje się on aż "przefajniony", jakby miał świadomość, że jeśli chwilę zamknie usta i spuści z tonu, film zapadnie się w miałkość. To też jeden z tych rzadkich przypadków, gdy bez bólu zębów patrzę na Steve'a Carella, którego komediowego emploi sympatycznego nieudacznika nie kupuję, ale który w roli przyczajonego potwora mrozi mi krew w żyłach. Podobnie jak w amerykańskiej wersji "Biura" siła jego kreacji polega na tym, że wnosi do filmu niepokojący, grożący wybuchem pierwiastek psychozy. W odróżnieniu od pozostałych aktorów można by go po prostu wyjąć z komediowego kontekstu, wrzucić bez zmian do jakiegoś krwawego thrillera i pozostałby wiarygodny.

Jest jeszcze dwóch innych aktorów, o których warto wspomnieć – Nat Faxon i Jim Rash – których twarze możecie znać z wielu komediowych produkcji, a którzy niewielkimi epizodami jedynie maskują tu swoją większą rolę – para ta stoi bowiem za scenariuszem i reżyserią filmu. Na tym polu obaj dopiero się rozkręcają; drzwi do sukcesu otworzył im poprzedni tekst, nad którym wspólnie pracowali – "Spadkobiercy" w reżyserii Alexandra Payne'a. Łączy te filmy nastrój beztroski podszytej dramatem, ale "Najlepsze najgorsze wakacje" są opowieścią zdecydowanie lżejszą, w każdym sensie skromniejszą. Sytuacje są prostsze, ambicje mniejsze, a wszyscy bohaterowie są dokładnie tacy, jacy się wydają. Drań jest po prostu draniem, lekkoduch – lekkoduchem, a słodki chłopaczek – słodkim chłopaczkiem. Klocki zawsze do siebie pasują i nikt nie będzie rozdarty w ocenie postaci.

Autorzy upraszczają sobie sprawę jak mogą – zarówno na płaszczyźnie emocjonalnej, jak i fabularnej. Szafują szczęśliwymi zbiegami okoliczności, choćby rzucając Duncana w opiekuńcze ramiona Owena, nie trudzą się jakimś racjonalnym wytłumaczeniem tej obustronnej słabości. Jednak "Najlepsze najgorsze wakacje" to taki film, któremu chce się wszystko wybaczyć, łącznie z żartami polegającymi na oblewaniu kogoś wodą. Całość jest bowiem uderzająco bezpretensjonalna i pozwala na śmiech z czystym sumieniem; śmiech, za którym stoi sympatia do bohatera, a nie poczucie wyższości.
95% uznało tę recenzję za pomocną (149 głosów).
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?

komentarze

dodaj komentarz
  • Genialna recenzja. Po prostu GE-NIAL-NA! Oglądałem już dwa razy (dziś na DVD) i obejrzę jeszcze wielokrotnie. Co prawda Twoja recenzja nie musiała mnie do tego zachęcać, ale jest cholernie genialnie napisana. Duży plus dla Ciebie.

  • A co tu było zabawnego? A film, hm- wręcz nudny! W większości "przepaplany", jak to u Amerykanow: dużo gadania, mało treści!

  • recenzja sprawia wrażenie jakby stał za nią bohater Carella z tego filmu. Trying(too hard)to be cool.

  • Dobra recenzja i dobry film.

  • Film jednocześnie bardzo autentyczny i podnoszący na duchu. Solidna, amerykańska robota.

  • Doskonała recenzja!

  • Przezabawny, przeuroczy film. Pełny inteligentnego dowcipu, błyskotliwych dialogów i wakacyjnego słońca. Jedyną wadą filmu (no może po za polskim tytułem;), że jest... za krótki;)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
WTF:false,ads:true