Recenzja filmu Mama (2014)
Xavier Dolan

Duże zwierzę

W swoim nowym filmie Xavier Dolan niejako mimochodem stawia ważkie pytanie: "A co by było, gdyby społeczeństwo przekroczyło odwieczny kulturowy nakaz i zezwoliło matce odmówić opieki nad synem, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Mama (2014)
Jesteśmy w Kanadzie, czyli nigdzie, jest rok 2015, czyli zawsze. Właśnie w życie weszła ustawa S-14, która umożliwia rodzicom oddanie do szpitala psychiatrycznego dziecka sprawiającego szczególne trudności wychowawcze. Takim osobnikiem jest z pewnością Steven: nastolatek ze zdiagnozowanym ADHD, przejawiający silne skłonności do agresji i przemocy. Żyjąca samotnie matka chłopca opiera się jednak pokusie podsuwanej przez państwo: z każdym dniem coraz trudniej, z każdym tygodniem z większym poczuciem klęski ciuła przeznaczenie swoje i swojego syna.

Dość beznadziejną i niezbyt piękną codzienność swoich bohaterów Dolan wypełnia po brzegi duchem poetyckiej opowieści. To niesamowite, jak bardzo rozwinął się jego talent w ostatnich latach: w "Mamie" rezygnuje ze stylistycznych popisów i formalnych ekstrawagancji, które tak nużyły jeszcze w niedawnym "Na zawsze Laurence", aby całą swoją energię włożyć w fabułę. Inwestycja się opłaca: Dolan skupiony na historii pisze dialogi iskrzące się życiem i bez jednej fałszywej nuty, precyzyjnie inscenizuje pojedyncze sceny i efektownie montuje całe sekwencje, potrafi kilkoma ujęciami nakreślić wnikliwą charakterystykę każdej ze swoich postaci i pewnie prowadzi aktorów. Jego film wyróżnia się niezwykle wyrazistym rytmem: długie partie wypełnione uważną rejestracją codziennego życia eksplodują raz po raz we wspaniałych interludiach muzycznych zrealizowanych w poetyce teledysku, w których opowieść nabiera głębszego, lirycznego oddechu.

Do przedstawienia rzeczywistości swoich bohaterów Dolan wykorzystuje nie tylko powierzchnię filmowego obrazu, lecz także jego krawędzie. To, co widzimy na panoramicznym ekranie, przez większość czasu ograniczone jest do przestrzeni dawnego telewizyjnego kadru o proporcjach 4:4. Ten ciasny kwadrat, przez który podglądamy bohaterów, stanowi celną metaforę ich losu: bycia w świecie, w którym ograniczenia psychiczne odbierają większość możliwości, a bariery i granice wytwarzane przez społeczeństwo i jego instytucje jeszcze zmniejszają i tak już dramatycznie zawężone pole manewru. Przebojowa Diane "Die" przegrywa swoje życie bez szans na przełamanie ciążącego nad nią fatalizmu: nie ma wykształcenia ani widoków na dobrą pracę, a wybryki emocjonalnie niezrównoważonego syna co jakiś czas udaremniają jej próby małej stabilizacji. Jeszcze ciaśniej jest w świecie jej sąsiadki z naprzeciwka: Kyla tkwi w małżeństwie z mężczyzną, z którym nie potrafi już nawet rozmawiać, w cieniu niewiadomej traumy z przeszłości, tak silnej, że dotąd ma problemy nie tylko z nawiązywaniem kontaktów z innymi ludźmi, lecz także z mówieniem.

Najbardziej wyrazistą figurą wyalienowania jest jednak Steven, który szarpie się boleśnie w pętach własnego ciała, wstrząsanego erupcjami choroby i niepohamowanej wściekłości. Jego gwałtowna energia przełamuje ramy kadru i rozsadza codzienne istnienie. W swoich absurdalnych ekscesach jest trochę jak wielbłąd z dawnego filmu Jerzego Stuhra: duże zwierzę, którego egzotyka i ekscentryczność są nie do zaakceptowania z punktu widzenia normy społecznej, budzą niechęć i agresję. Ten Steven jest Innym, którego dziwaczna forma nie może się pomieścić w naszym świecie. Dolan stawia pytanie o właściwą etyczną postawę wobec takiej inności: czy można ją bezwzględnie odrzucić, usunąć na nieuwzględniany margines społecznego porządku, czy też należy próbować przetłumaczyć jej niezrozumiały idiom na naszą mowę? Albo inaczej: jak ma postąpić matka chłopca z ciężkimi zaburzeniami w rzeczywistości, w której społeczeństwo przekroczyło odwieczny kulturowy nakaz i zezwoliło rodzicom odmówić opieki nad dzieckiem niespełniającym oczekiwań?

Wulgarny i dziki Stevie od pierwszych minut nie wzbudza niczyjej sympatii, Dolan jednak potrafi sprawić, że jednoznaczna odpowiedź z każdą minutą seansu zastyga nam w gardle. Jak każdy prawdziwy artysta uczy swoich odbiorców empatii: ten stuknięty gnojek z początku filmu powoli przeistacza się w naszych oczach w zagubionego chłopca, dla którego krzyk i agresja są jedynymi dostępnymi formami komunikowania dojmującego cierpienia. Dramatycznie potrzebuje kontaktu z drugim człowiekiem, tego, aby ktoś choć raz bezwarunkowo otworzył się na jego nieforemne, bełkoczące "ja". Ukojenie odnajduje w relacji z matką i z jąkającą się, nieśmiałą Kylą. Ta trójka wbrew całemu światu wspólnie wypracowuje sobie enklawę miłości, przyjaźni i wolności, w której możliwe stają się krótkie chwile szczęścia. W tych rzadkich momentach bohaterowie mogą odetchnąć pełną piersią w bezkresnej przestrzeni marzenia, w której uwierzyć można, że nie ma już żadnych ograniczeń. Kadr rozszerza się wówczas do formatu 18,5:1 i jest to chwila naprawdę wzniosła: widzowie mogą na chwilę współuczestniczyć w wyzwoleniu, które staje się udziałem postaci, zachłysnąć się gwałtownie poszerzonym horyzontem. Każde ponowne zwężenie obrazu przynosi poczucie coraz głębszego smutku.

Dawno nie widzieliśmy w kinie eksperymentu formalnego, który byłby nie pustym ornamentem, lecz ważnym elementem budowania znaczeń: Dolan wprowadza do języka filmowego nowe idiomy, poszukuje odświeżających środków wyrazu. Z tego powodu bywa często porównywany z Jean-Lukiem Godardem – paralela między legendarnym reżyserem Nowej Fali a złotym dzieckiem z Kanady uzyskała legitymizację na tegorocznym festiwalu w Cannes, gdzie obaj twórcy zostali wyróżnieni nagrodą jury. Myślę jednak, że ta analogia jest dla Dolana trochę niesprawiedliwa. Godard – ten późny epigon francuskiego egzystencjalizmu – wykorzystywał swoje techniczne i formalne odkrycia do tworzenia sztucznych światów ucieleśniających jego radykalne idee. Dolan nie buduje ciężkich konstrukcji, przeciwnie: chwyta nieznośną lekkość bytu swoich bohaterów w prostych realistycznych obrazach, w których poezja jest obecna w bardzo dyskretny, subtelny sposób. Jego fabuła nie łamie się pod ciężarem ważnych pytań – one padają w "Mamie" niejako mimochodem. I mimo wszystko wybrzmiewają mocniej. Kto wie, czy nie jesteśmy świadkami narodzin mistrza, który prześcignie swoich wielkich poprzedników.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 95% uznało tę recenzję za pomocną (85 głosów).
kinglear
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)