Recenzja filmu Wszystko za życie (2007)

Dzikość serca

Spotykasz młodego, sympatycznego chłopaka. Z pasją opowiada ci on o swojej wielkiej przygodzie: podróży stopem na Alaskę i odrzuceniu wszystkiego, co materialne. Jesteś świadkiem jego niespożytej energii i czystej namiętności i w głębi duszy zazdrościsz mu odwagi, by to wszystko rzucić. Kusi cię opisywana przez niego wolność.

Chris McCandless symbolizuje jedno z najstarszych ludzkich marzeń, które towarzyszy nam w zbiorowej świadomości od czasu rozpalenia pierwszego ogniska separującego nas od natury - pragnienie powrotu na jej łono. W dzisiejszych czasach dla większości ogranicza się ono do kilku kwiatków w doniczkach, może psa albo kota, bądź też okazjonalnego wypadu do parku. Bardziej odważni wyjadą na zorganizowane wakacje w 'dziewicze' rejony globu. Niektórym i to jednak nie wystarcza. Taką osobą był właśnie Chris, bohater filmu Seana Penna "Wszystko za życie".

Chris jest postacią autentyczną, choć Penn mocno go wyidealizował. W filmie jest on chłopakiem, który widząc, co pogoń za posiadaniem uczyniła z jego rodziców, postanowił się temu przeciwstawić. Wybrał wolność, dzikość, nieokiełznaną swobodę. Odrzucił pieniądze, własność, karierę; jego bagaż stanowiła jedynie pasja pchająca go coraz bardziej w szeroko rozwarte ramiona dzikiej przyrody. Jednak przyroda nazywana jest 'dziką' nie bez powodu. Za sympatyczną mordką niedźwiedzia grizzly kryje się drapieżca, który może rozszarpać człowieka na kawałki. Za niepozornym kawałkiem ziemi, kryje się wyschnięte koryto rzeki, która może porwać i zabić każdego, kto stanie na jej drodze. Za niewinnym owocem kryje się trucizna przyprawiająca o męczarnie i śmierć.

Sean Penn niezwykle plastycznie i sugestywnie oddaje cały żar tęsknoty za życiem w harmonii z naturą. I z druzgocącym serce żalem rozpacza nad faktem, iż jest to już niemożliwe. To, co dla naszych dziko żyjących przodków byłoby oczywistością, Chrisowi cały czas umyka. Jego wiedza na temat przyrody bierze się z książek i naiwnej wiary, nie popartej żadnym doświadczeniem. Chłopak co chwilę wpada przez swą ignorancję w kłopoty, lecz udaje mu się z nich wykaraskać. Na każdą z lekcji pozostaje głuchy, nie zdając sobie sprawy jak bardzo jest przyrodzie obojętny jego los. Ci, którzy znają historię McCandlessa, wiedzą, jakie są tego konsekwencje - inni powinni koniecznie film obejrzeć.

Penn nie śpieszy się z opowieścią. "Wszystko za życie" zbudowane jest z serii przypowieści, które zebrane razem budują obraz psychiki głównego bohatera, a jednocześnie unaoczniają widzom nasze własne wyobcowanie na planecie, którą zwiemy domem. Wspaniałe zdjęcia, solidna gra aktorska z zaskakująco dobrym Emilem Hirschem na czele sprawiają, że film wbija w fotel, chwytając za serce i pozostawiając po sobie niezapomniane wrażenie.

Obraz Penna wpisuje się w ten sam nurt filmów rozważających ludzką naturę co "Gerry" Gusa Van Santa czy dokument Herzoga "Człowiek niedźwiedź". Wszystkie one dobitnie pokazują alienację człowieka. W "Gerrym" zaakcentowana została nasza arogancja i pewność siebie wynikająca z przekonania, że przyroda została już oswojona. Van Sant uczy widza pokory. Z kolei Herzog skoncentrował się na obsesji, która każe obalać cywilizacyjne bariery, a jednocześnie czyni człowieka ślepym na realność świata przyrody. Zamiast powrotu do natury, jest tu oczekiwanie od zwierząt ludzkiego zachowania. Penn jest najbardziej liryczny z nich wszystkich, akcentując czystą i naiwną tęsknotę za światem bez granic. To elegia nad wyidealizowanym światem, który nigdy nie istniał i istnieć (niestety) nie będzie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (595 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (12)

zobacz wszystkie
o