Recenzja filmu Safari (2016)
Ulrich Seidl

Ein film von Ulrich Seidl

Seidl przekonuje, że barbarzyński świat safari pozostaje równie magnetyczny dla przedstawicieli różnych, nierzadko odmiennych od siebie zbiorowości. Wśród bohaterów Austriaka znajdują się ludzie ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Safari (2016)
W "Safari" – jak we wszystkich innych filmach reżysera – pojawia się ascetyczna plansza z napisem "Ein film von Ulrich Seidl". Pozornie niewinna fraza stanowi w oczach wtajemniczonych dość szczególną obietnicę. Obcując z dowolnym dziełem Austriaka, możemy być pewni, że wzbogacimy wiedzę o rodzajach ludzkich perwersji i odczujemy na własnej skórze baty wymierzone zadowolonym z siebie Europejczykom. Brzmi to wszystko cokolwiek schematycznie, ale Seidlowi raz jeszcze udało się zachować świeżość spojrzenia. Po nieco słabszym "W piwnicy", "Safari" to – kolejny w filmografii austriackiego twórcy – strzał w dziesiątkę.


Być może sekret twórczości reżysera polega na tym, że na pokazywane przez niego okrucieństwo zwyczajnie nie sposób się znieczulić. "Safari" to właściwie dokumentalny horror, senny koszmar wielbicieli National Geographic i programów Krystyny Czubówny. W filmie Seidla, przedstawiane zwykle z namaszczeniem afrykańskie zwierzęta, zostają zredukowane do roli łupu prymitywnych myśliwych z Europy. Reżysera interesuje zresztą nie perspektywa ofiary, lecz oprawcy. Austriacki twórca, w typowy dla siebie sposób, kreśli na ekranie cienką granicę pomiędzy zwyczajnością a ekstremum, normą a jej przekroczeniem. Ukazani w filmie łowcy nie mają w sobie niczego demonicznego. Wydają się poczciwi, wręcz nieporadni; mają zwyczajną pracę i rodzinę, której członków najczęściej zabierają ze sobą do Afryki.

Seidl przekonuje, że barbarzyński świat safari pozostaje równie magnetyczny dla przedstawicieli różnych, nierzadko odmiennych od siebie zbiorowości. Wśród bohaterów Austriaka znajdują się ludzie młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni, uprzywilejowani Europejczycy i usługujący im Afrykanie. Wszyscy oni mają, oczywiście, swoje powody, by brać udział w – całkowicie legalnych z punktu widzenia miejscowego prawa – polowaniach. W głównej mierze chodzi zapewne o znajdowanie ujścia dla niemożliwych do zaspokojenia popędów, które motywują działania bohaterów niemal wszystkich filmów Seidla, ze "Zwierzęcą miłością" i trylogią "rajską" na czele. Sami myśliwi przenigdy, rzecz jasna, do takich pobudek się nie przyznają. Zamiast tego bezceremonialnie przekonują nas przed kamerą, że postępują humanitarnie, bo swoim działaniem przynoszą ulgę chorym i cierpiącym stworzeniom.


Nie da się ukryć, że wystarczy parę minut słuchania tych bzdur, by zacząć rozgrzeszać w myślach radykalne sposoby, jakimi radziła sobie z myśliwymi Janina Duszejko z "Pokotu". Seidl pokazuje jednak w swoim filmie, że istnieją także inne metody protestu. Aby skompromitować strategię samousprawiedliwiania się bohaterów, reżyser konfrontuje ich słowa choćby z obrazami cierpiących w agonii, postrzelonych zwierząt. Sceny te, choć oczywiście trudne do zniesienia, wydają się niezbędne, by w pełni uzmysłowić widzom drzemiące w bohaterach bestialstwo.

Jednocześnie, Seidl nie pozwala nam w pełni zdystansować się od godnych pogardy postaci. Wypowiedzi przed kamerą pokazują, że stojąca za ich czynami logika ma swoje podstawy w zachowaniach, które są znacznie bardziej powszechne niż chcielibyśmy sądzić. W końcu, kto na co dzień pozostaje zupełnie wolny od hipokryzji, arogancji wynikającej z uprzywilejowanego statusu i okazywania wyższości wobec słabszych, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Choć metoda reżysera pozostaje taka sama od lat, zmienia się otaczająca rzeczywistość. "Safari" nie pozostawia wątpliwości, że – w pozbawionej solidarności, hermetyzującej się Europie – terapia szokowa doktora Seidla jest nam potrzebna jak nigdy dotąd.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)