Recenzja filmu Casablanca (1942)
Michael Curtiz

Everybody comes to Rick's

Jest grudzień 1941 roku. W Europie szaleje II Wojna Światowa. Kto tylko może, myśli o tym, by uciec do wolnej Ameryki. Aby tam dotrzeć, musiano najpierw dostać się do Marsylii, dalej do Oranu w ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Casablanca (1942)
Jest grudzień 1941 roku. W Europie szaleje II Wojna Światowa. Kto tylko może, myśli o tym, by uciec do wolnej Ameryki. Aby tam dotrzeć, musiano najpierw dostać się do Marsylii, dalej do Oranu w Algierii, a stamtąd do Casablanki we francuskiej kolonii Maroko. Gdy szczęście dopisało, udało się tam załatwić odpowiednie pozwolenia i wyruszyć do Lizbony, skąd była już wolna droga do USA.

Na tle wędrówek uchodźców poznajemy Ricka Blaine'a (Humphrey Bogart), który prowadzi w Casablance bardzo popularny, amerykański lokal, w którym spotykają się najróżniejsi ludzie: od francuskich policjantów, przez miejscowych i niemieckich żołnierzy, po uciekinierów, którzy szukają sprzedawców dokumentów na czarno. Pewnego dnia, w pociągu z Omaru giną dwaj niemieccy kurierzy. Jak się okazuje, przewozili oni bardzo ważne listy tranzytowe, które umożliwiają przedostanie się do Ameryki. Policja zostaje zmuszona przez okupanta do odnalezienia ich za wszelką cenę. Postawieni przed murem, wykonują polecenia. Giną ludzie, ale listy nie zostają odnalezione. Wieczorem tego samego dnia, u Ricka Blaine'a zjawia się niejaki Ugarte (Peter Lorre), który prosi go by, przechował dla niego wizy. Bohater domyśla się, że to są te skradzione listy, ale nie wydaje mężczyzny, bo jest przekonany, że jemu samemu się przydadzą. Tymczasem do Casablanki przybywa czeski przywódca ruchu oporu, Victor Laszlo (Paul Henreid) ze swoją ukochaną, a byłą kochanką Ricka, Ilsą Lund (Ingrid Bergman). Gdy ginie Ugarte, małżeństwo zgłasza się do Blaine'a, by im pomógł. Stoi on teraz przed wielkim dylematem: pomóc człowiekowi ściganemu przez Niemców, którzy nie chcą dopuścić do jego ucieczki do USA, oraz kobiecie, która kiedyś złamała mu serce, czy zgodnie ze swoimi zasadami nie mieszać się w cudze sprawy i samemu skorzystać z listów? Szantażowany przez policję, błagany przez Lund i męczony przez własne sumienie, musi podjąć najtrudniejszą decyzję swojego życia.

Główny bohater "Casablanki", Rick, od początku, komu tylko może, mówi, że nie ma uczuć, że jest pijakiem, że za nikogo nie nadstawia karku itd. Film jednak nieprzerwanie dąży do tego, by pokazać, że to nieprawda. Gdy Ilsa zamawia piosenkę "As Time Goes By", nie wytrzymuje emocjonalnie i robi awanturę. Później patrzy bez mrugnięcia okiem na śmierć Ugarte, ale już gdy prosi go o pomoc młoda Bułgarka, wzruszony jej uczuciem do narzeczonego, tej pomocy udziela. I to pomimo zagrożenia ze strony szefa policji. Ale i to nie zmienia jego zdania o sobie samym. I tu pojawia się ciekawy aspekt "Casablanki", często niezauważalny przez dzisiejszego kinomana. Curtiz, jakby się uważniej przyjrzeć, nakręcił film wysoce propagandowy. Rick Blaine w pewien sposób symbolizuje całą Amerykę. Zupełnie jak jego ojczyzna, zajmuje się wyłącznie swoimi sprawami. Wokół szaleją namiętności, tragedie i wojenne koszmary. Jednak ten nie reaguje. Reżyser przeciwstawia mu Europejczyka, Victora Laszlo, człowieka, który jak najbardziej angażuje się w wojnę i w walkę z okupantem. Rick go szanuje i w pewien sposób podziwia, ale też odmawia mu pomocy. Nadrabia to dopiero później, gdy niemiecka ekspansja dotyka także jego. Podobnie jest z USA. Większość kontynentów pogrążonych jest w wojnie, ale Ameryka trzyma się na uboczu, podkreślając swoją neutralność. Dopiero atak sojuszników Niemiec, Japonii, na Pearl Harbor otwiera im oczy i zmusza do działania. Warto zwrócić uwagę, że atak na amerykański port miał miejsce w grudniu – podobnie jak akcja "Casablanki".

O dziwo, pierwsze pokazy filmu spotkały się z rozczarowaniem. Widownia wychodziła z kin kompletnie niezadowolona. Warner nie miał wyjścia, schował film do magazynu i prawie o nim zapomniał. Sytuacja się zmieniła dopiero za sprawą pewnego historycznego wydarzenia: rok później, w tytułowym mieście, spotkali się prezydent USA i premier Wielkiej Brytanii. Wytwórnia uznała, że teraz, gdy nazwa ta jest tak znana, można pójść za ciosem i wprowadzić film jeszcze raz do dystrybucji. To był strzał w dziesiątkę. Widzowie byli zadowoleni, wręcz zachwyceni. Krytyka rozpływała się nad wielkością dzieła, a ukoronowaniem tego były trzy Oscary. W tym za najlepszy film i reżyserię. Od tego czasu obraz Curtiza zaliczany jest do arcydzieł kinematografii, a kino najróżniejszych gatunków cytuje go i korzysta z jego dokonań.

Niedawno "Casablanca" ponownie trafia na ekrany naszych kin. I, jak się okazało, film Curtiza przeszedł próbę czasu zwycięsko. Historia Ricka i Ilsy, dwojga zakochanych w sobie młodych ludzi, którym przyszło żyć w najokrutniejszych z czasów, wzrusza tak samo dziś, jak czyniła to kilkadziesiąt lat temu. Niewiele jest dzieł podobnie oddziałujących na widza, pozostawiających po seansie taki emocjonalny rezonans. Wielkie kino.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (33 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)