Recenzja filmu Bridget Jones: W pogoni za rozumem (2004)
Beeban Kidron

Facelifting nie pomógł Bridget tak bardzo, jakbyśmy tego chcieli

Faceci i jedzenie. Na punkcie tych dwóch rzeczy obsesje mają miliony zwykłych, szarych Angielek. Jedną z nich była Bridget Jones - "apetyczna", pełna życia i ochoty na seks "trzydziestka". Dziś ...
Filmweb sp. z o.o.
Faceci i jedzenie. Na punkcie tych dwóch rzeczy obsesje mają miliony zwykłych, szarych Angielek. Jedną z nich była Bridget Jones - "apetyczna", pełna życia i ochoty na seks "trzydziestka". Dziś jest jednak poukładaną dziewczyną aż nazbyt idealnego prawnika Marka Darcy'ego. Czegoś jednak w jej życiu brakuje. Nad czymś się zastanawia. Zadaje sobie pytanie: "co właściwie dzieje się po tym, kiedy zakochana para odchodzi razem w stronę zachodu słońca". I nie zdaje sobie sprawy, że na jej ukochanego czyhają różne niebezpieczeństwa. Na przykład długonoga piękność. Na jej drodze staje również zdrada, niepewność i pokusa w postaci jej byłego szefa - kobieciarza Daniela Clevera.

Skądś to znamy? Tak jak było do przewidzenia, twórcy poszli po linii najmniejszego oporu. Podstawili do dobrze znanego nam schematu całą treść poprzedniej części i poddali to wszystko "farbowaniu". Bridget dalej jest sfrustrowana i niezdecydowana, Daniel niezwykle przystojny i niepoprawny, a Mark to idealny ideał. Za sprawą tytułowej pogoni za rozumem cały świat Bridget ponownie staje na głowie, a ona sama przechodzi identyczną metamorfozę.

Oczywiście nie oznacza to, że film jest nudny czy niestrawny. Jednak każdy, kto widział poprzednią część opowieści o Bridget, po kilku minutach sam może domyślić się, co stanie się za chwilę. Nie brakuje zatem zabawnych scen, jak na przykład bójki między dwoma głównymi rywalami do serca panny Jones, niekoniecznie wybrednych żartów czy uwag na temat seksu czy właściwego sposobu zdejmowania majtek. Jednak to już było.

Aktorzy zagrali na granicy poprawności. Bridget w wykonaniu Renée jest nadal bardzo miła, zabawna i niestety nadal... głupia. Po zdobywczyni Oscara spodziewać się należało czegoś więcej. Za Hughiem Grantem nigdy nie przepadałem, ale mimo to nie denerwował mnie tak jak zwykle. Pozostała część aktorów nieźle, ale mogło być lepiej.

Reżyser Beeban Kidron starał się jak mógł, aby niedociągnięcia książki i scenariusza były mniej widoczne i trzeba przyznać, że się mu udało. Oczywiście, jeżeli nie zagłębimy się zbytnio we wszystkie jakże zawiłe wątki tak bogatego, pod względem uczuciowym, życia głównych bohaterów. Dzięki niemu jest kilka naprawdę śmiesznych momentów. Całe kina trzęsło się ze śmiech, kiedy Bridget skakała ze spadochronem lub jeździ na nartach. Całe szczęście, że film trwa niecałe półtorej godziny, dzięki czemu nie zdążymy się nudzić.

Zdecydowanie dużym plusem filmu są ładne zdjęcia. Uciechą dla oczu są niewątpliwie uliczki Londynu czy plaże Tajlandii. Największą przyjemność czerpałem jednak ze wspaniale dobranej ścieżki dźwiękowej. Tylu pięknych kompozycji nie znajdzie się w wielu produkcjach. Nasuwa to skojarzenie z "To właśnie miłość" i słusznie.

Porównując ten film z pierwszą częścią, nie można jednak nie odnieść wrażenia, że Bridget straciła wiele ze swojej dawnej formy. Czego zabrakło? Zdecydowanie za mało uwagi poświęcono części, w której poruszono by problemy psychiki trzydziestolatki. A to przecież ubrane w zabawne słowa, zdarzenia i przemyślenia dawało tyle radości podczas oglądania "Dziennika...". W filmie jest, jak już wcześniej wspominałem, za mało świeżości i polotu. Oczywiście nie wpłynie to na frekwencję oglądających "W pogoni za rozumem". I tak pójdziemy oglądać potyczki Bridget. Czy warto iść do kina?. Na to pytanie trzeba sobie odpowiedzieć samemu. Ja nie żałuje. Coś jednak powinno się zmienić i to szybko. Należy się, bowiem spodziewać, że Bridget zaatakuje ponownie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)

o