Recenzja filmu Superman: Powrót (2006)
Bryan Singer

Facet w rajtuzach

Kiedy w 1987 roku scenarzyści "Supermana IV" kazali Lexowi Lutherowi zakończyć obraz słowami "do zobaczenia za 20 lat", nie wiedzieli, że okażą się one prorocze. Tyle bowiem czasu musieli czekać ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedy w 1987 roku scenarzyści "Supermana IV" kazali Lexowi Lutherowi zakończyć obraz słowami "do zobaczenia za 20 lat", nie wiedzieli, że okażą się one prorocze. Tyle bowiem czasu musieli czekać fani Człowieka ze Stali, by ponownie zobaczyć swojego idola na dużym ekranie. Zrealizowany za 260 milionów dolarów przez twórcę przebojowego "X-Men 2", "Superman: Powrót" może jednak spotkać się z chłodnym przyjęciem ze strony niektórych widzów. Mimo olbrzymiego budżetu i utalentowanego reżysera za kamerą najnowsza opowieść o Człowieku ze Stali nie do końca spełnia pokładane w niej oczekiwania.

Po pięcioletniej podróży po wszechświecie Superman - przez swoich przeciwników zwany niekiedy złośliwie "Loczkiem" - powraca do Metropolis. Pozbawione jego opieki miasto zmieniło się w miejsce nieprzyjazne i niebezpieczne, na którego ulicach grasują przestępcy, a zamieszki są na porządku dziennym. Jakby tego było mało, jego ukochana Lois Lane została matką i wraz ze swoim narzeczonym wychowuje obecnie 5-letniego synka. Zdezorientowany Człowiek ze Stali będzie musiał zaprowadzić porządek nie tylko w swoim ukochanym mieście, ale również we własnym życiu, stawiając jednocześnie czoła Lexowi Lutherowi wypełniającemu swój nowy szatański plan.

Decydując się na realizację "Supermana: Powrotu, Bryan Singer stanął przed niezwykle trudnym zadaniem. Z jednej strony musiał przygotować film atrakcyjny dla młodych widzów przyzwyczajonych do dużej ilości efektów specjalnych, z drugiej nie mógł rozczarować kilku pokoleń fanów wychowanych na klasycznych przygodach Człowieka ze Stali z Christopherem Reeve w roli głównej. Najnowsza odsłona przygód "faceta w rajtuzach" jest więc hołdem złożonym klasycznemu "Supermanowi" Richarda Donnera z 1978 roku - produkcji uznawanej przez widzów i krytyków za jedną z najlepszych adaptacji komiksu w historii kina. W "Superman: Powrót" Singer rozwinął wiele pomysłów Donnera, od napisów początkowych, przez projekty Fortecy Samotności i statku kosmicznego Supermana, a na dialogach skończywszy. Fani produkcji z 1978 roku będą się doskonale bawić, wychwytując coraz to nowe nawiązania do swojego ulubionego filmu.

Na solidnych i co najważniejsze sprawdzonych fundamentach Bryan Singer zbudował epicką opowieść o bohaterstwie, odpowiedzialności i... miłości. Jej opowiedzenie zajmuje jednak ponad 2,5 godziny, a to - jak dla mnie - stanowczo za dużo.

Olbrzymi budżet pozwolił reżyserowi na wykreowanie niesamowitych efektów specjalnych. Dzięki nim po raz pierwszy, patrząc na ekran, bez wahania wierzymy w to, że umie latać i z zapartym tchem śledzimy, jak wykorzystując swoje unikalne talenty, ratuje ludzi. Człowiek ze Stali jest w stanie bezpiecznie sprowadzić na ziemię płonący samolot, zatrzymać pozbawiony hamulców samochód, a nawet wynieść w przestrzeń kosmiczną nie tylko wahadłowiec, ale cały kontynent. Problem w tym, że między tymi "akcjami" usiłuje ułożyć swoje życie osobiste, a z tą częścią filmu Singer, i współpracujący z nim scenarzyści, nie potrafili sobie poradzić – serwują nam przydługie sceny, w których Clark Kent wodzi smutnymi oczami za swoją ukochaną bądź wybiera się z nią na powietrzne wycieczki. Nie wykorzystano zupełnie wątku dziecka Lois Lane, które przez większość filmu, wzorem "omenowego" Damiena wpatruje się jedynie w otaczających go ludzi. A szkoda, bo od pewnego momentu ta postać okazuje się niezwykle istotna.

"Superman: Powrót" nie zachwyca również kreacjami aktorskimi. Brandon Routh w niebieskim kostiumie i Kate Bosworth jako Lois Lane radzą sobie zupełnie nieźle, ale Kevin Spacey w roli Lex Luthora straszliwie rozczarowuje. Oglądając film, miałem cały czas wrażenie, że Spacey stara się powtórzyć na ekranie Luthora stworzonego przed laty przez Gene'a Hackmana. Nie potrafił jednak nadać tej postaci humorystycznych, nieco szalonych akcentów. Luthor w jego wykonaniu to jedynie zgorzkniały i w sumie nieciekawy sadysta.

Już teraz wiadomo, że "Superman: Powrót" będzie jednym z największych przebojów kinowych tego roku. W chwili kiedy piszę ten tekst, wpływy ze sprzedaży biletów na całym świecie przekroczyły 300 milionów dolarów, a producenci podjęli decyzję o realizacji kolejnej części przygód "Loczka". Pozostaje mieć nadzieję, że tak jak "X-Men 2" okazało się lepsze od swojego poprzednika, również kolejny "Superman" wyjdzie spod ręki Singera lepiej niż "Superman: Powrót".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 62% uznało tę recenzję za pomocną (45 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)