Recenzja filmu Szybcy i wściekli 8 (2017)
F. Gary Gray

Fast and foodious

Lubicie "Szybkich i wściekłych 5", lubicie "Szybkich i wściekłych 6", lubicie "Szybkich i wściekłych 7" – polubicie "Szybkich i wściekłych 8". Formuła na serię jest prosta jak imię Vina Diesela. ...
Filmweb sp. z o.o.
Lubicie "Szybkich i wściekłych 5", lubicie "Szybkich i wściekłych 6", lubicie "Szybkich i wściekłych 7" – polubicie "Szybkich i wściekłych 8". Kropka, koniec pisania, 100% czytelników uznało tę recenzję za pomocną. Co tu dużo gadać. Formuła na serię jest prosta jak imię Vina Diesela: przy wyjściu z siłki zbierz paczkę aktorów, posadź ich za kierownicami luksusowych fur, dodaj trochę wybuchów i rozbrajający nawias humoru, a przede wszystkim pamiętaj, że od praw fizyki ważniejsza jest Rodzina. Dobiliśmy już do ósemki, więc jakimś cudem to działa. Można się pieklić, że czuć tu posmak sztampy, że to filmowy fast food, ale nawet "Szybcy i wściekli" mają swoje odchyły od hollywoodzkiej średniej. Nie znajdziemy przecież wielu cykli, które pomysł na siebie znalazły dopiero na wysokości piątej (!) części; które mają tak dobre porozumienie ze swoją docelową publiką i które równie konsekwentnie trzymają równy poziom. "Szybcy i wściekli 8" są tym, czym mieli być, z całym dobrodziejstwem inwentarza.

photo.title

Tak silnie skodyfikowana formuła może oczywiście stanowić problem: oznacza bowiem zero zaskoczeń. Kolejne zmiany na fotelu reżyserskim to czysta formalność: James Wan zapowiadał, że "siódemka" będzie utrzymana w stylu kina zemsty lat 70., a wyszło jak zawsze. Tym razem za kamerą stanął F. Gary Gray od "Straight Outta Compton" i "Włoskiej roboty", bardzo sprawny rzemieślnik, ale bez autorskiego stempla – nic zatem dziwnego, że to raczej film reżyseruje tu jego, a nie na odwrót. To jednak niekoniecznie minus. Nikt nie oczekuje od "Szybkich i wściekłych", że nagle staną się – dajmy na to – Powolni i Zrównoważeni. Zmiana nie jest tu w cenie, choć fabularny punkt wyjścia części ósmej sugeruje wstrząs, jakiego bohaterowie jeszcze nie doświadczyli. Oto Dominic Toretto (Vin Diesel) – człowiek, który stosuje słowo "rodzina" niczym przecinek – nagle odwraca się od swojej familii. Ale ani jego żona, Letty (Michelle Rodriguez), ani tym bardziej widzowie nie mają złudzeń, że serce Doma wciąż jest po dobrej stronie i że padł on jedynie ofiarą jakichś wielce niesprzyjających okoliczności. Gray gra w otwarte karty i nawet nie próbuje ukryć, że chodzi tu tylko o pretekst do tego, by bohaterowie znowu siedli za kółkami i wcisnęli gaz do dechy.
    
Oto kolejny wyróżnik cyklu. Podczas gdy każdy szanujący się filmowiec drży przed oskarżeniami o tak zwane "skakanie przez rekina", seria o przygodach Doma Toretto opiera się właśnie na bezwstydnym, radosnym skakaniu przez tegoż. Raz za razem. Gigantyczna kula do wyburzeń zmiatająca z drogi samochodowy pościg? Proszę bardzo. Gonitwa w Nowym Jorku z udziałem setek zhakowanych, zdalnie sterowanych aut, które wyskakują na główkę z budynków i pędzą ulicami niczym horda zmotoryzowanych zombie? Jak najbardziej. Pościg na zamarzniętym zbiorniku wodnym z udziałem nie tylko jaskrawopomarańczowego lamborghini oraz czołgu, ale i łodzi podwodnej? Proste: kiedy nie trzeba schlebiać jakiemuś tam "dobremu smakowi", to – jak mówią Amerykanie – "limitem jest niebo". Gray wie, jak przekuć tę prawidłowość w spektakl. Sednem nie jest tu wcale reżyserska wirtuozeria (bo to spektakl dość grubo ciosany), ani poezja praktycznych efektów specjalnych (bo za dużo tu średniawego CGI); sednem jest czysta rozpusta. Czyli – do pewnego stopnia – im głupiej, tym lepiej. I nie jest to zarzut. 

photo.title

Zasada "obowiązkowej rozpusty" ma jednak wady. Ale to też charakterystyczne dla serii: rozdęty do 130 minut metraż daje mnóstwo czasu nie tylko na samochodową rozwałkę (dobrze), ale i na okruchy życia klanu Toretto (gorzej). Kiedy bohaterowie zwalniają i przybierają poważne miny, gubią nieco swój urok – a w "Szybkich i wściekłych 8" razi to ciut bardziej niż zwykle. Wyjściowy konflikt nie do końca działa, bo wydarzenie sprzedawane jako osobisty dramat bohatera w rzeczywistości wybrzmiewa z ekranu niczym wygodna scenariopisarska inwentaryzacja. Nie przekonuje też duet Vin Diesel – Charlize Theron. On jest generalnie niepredestynowany do grywania skomplikowanych emocji, ona zaś ma ciut za wysokie kwalifikacje na świat szybkich bryk oraz ciosanych intryg – i jakoś nie spotykają się w pół drogi. Raczej oboje równają w dół. Grana przez Theron wszechmocna hakerka Cipher, która przeciąga Doma na swoja stronę, to głównie nieudana fryzura, lodowate spojrzenie i drętwe one-linery; czyli drewno. Jeszcze gorzej jest, gdy Cipher wdaje się z Torreto w filozoficzne dysputy o wyższości biologicznych popędów nad etosem rodziny. To nie czas ani miejsce.

Zgoda, prawilny etos Doma zawsze był glebą, na której kiełkują kolejne odsłony serii. Ale to filozofia dosadna i nieskomplikowana niczym cios w twarz, dlatego lepiej sprawdza się jako fabularny pretekst albo zgrabna puenta niż sedno intrygi. Kiedy w otwierającej sekwencji Dom wygrywa wyścig z pewnym aroganckim Kubańczykiem i rezygnuje z nagrody – bo wystarczy mu, że zdobył szacunek przeciwnika – podane jest to jak należy: z przymrużeniem oka i rozbrajającą prostotą. Natomiast cedzone przez zęby monologi Cipher o ewolucyjnych mechanizmach nie przynależą do porządku "Szybkich i wściekłych". Nic zatem dziwnego, że film kradnie dla siebie nie oscarowa Theron, a mięśniak Jason Statham. Nie tylko dostaje on najlepszą (i najzabawniejszą!) sekwencję akcji w całym filmie, ale jest też chodzącym wcieleniem filozofii "F&F". Zaledwie jedną odsłonę temu grany przez niego Deckard Shaw był zawziętym zakapiorem gotowym podpalić świat, żeby tylko zemścić się na ekipie Doma Toretto. Nie minęły dwa lata, a Shaw zgłasza już akces do Familii. Toretto jest bowiem łaskawym patriarchą: pamięta, skąd sam przyszedł i potrafi wyciągnąć rękę do bliźniego, dać drugą szansę. Panie i panowie, uwaga: mamy tu opowieść o zbawieniu, tyle że opowiedzianą w estetyce błyszczących karoserii i oparów benzyny. Parafrazując pamiętny monolog z "Mrocznego Rycerza": w świecie "Szybkich i wściekłych" albo umierasz jako czarny charakter, albo żyjesz wystarczająco długo, by stać się bohaterem.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 91% uznało tę recenzję za pomocną (282 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)