Recenzja filmu Matrix Rewolucje (2003)
Lilly Wachowski
Lana Wachowski

Film Bez Żadnych Rew/olu/ela/cji

Cztery lata temu, wtedy jeszcze nikomu nieznani bracia Wachowscy, stworzyli kult, religię opowiadającą o świecie, w którym maszyny rządzą, a ludzie służą im jako najzwyczajniejsze bateryjki, ...
Filmweb sp. z o.o.
Cztery lata temu, wtedy jeszcze nikomu nieznani bracia Wachowscy, stworzyli kult, religię opowiadającą o świecie, w którym maszyny rządzą, a ludzie służą im jako najzwyczajniejsze bateryjki, żyjące w sztucznej rzeczywistości znanej pod jedną z najsłynniejszych dziś nazw - "Matrix"...

Zachęceni sukcesem, przedstawiciele jednej z największych wytwórni filmowych, Warner Bros, postanowili, że Wachowscy nakręcą dwie kolejne części, które wówczas miały stworzyć legendę wszech czasów, niezapomnianą trylogię, sagę stulecia. "Matrix Reaktywacja" ukazał się w maju 2003 roku i chociaż efekty specjalne wyszły daleko poza ludzką wyobraźnię, a muzyka zbliżała widza niemalże do granic euforii, to fabuła dawała tyle do życzenia, że szanujący się kinoman uznałby ten film za co najmniej jedną z największych porażek roku. A żeby tego było mało, bracia postanowili pozostawić widza z setką pytań, które w bardzo marketingowy sposób miały go zaciągnąć do kina na dopełnienie trylogii - "Matrix Rewolucje".

Wszyscy, nawet taki sceptyk jak ja, mieliśmy wielką, wręcz niepojętą nadzieję, że ostatnia, trzecia część okaże się powrotem do korzeni, gdzie nie szło się do kina na film, ale na Matrix! Jak się okazało, lud znów wyszedł z kina przybity i z opuszczoną głową, bo o to "Rewolucje" okazały się mocno przeciętnym filmem akcji, bez żadnych rewolucji.

Akcja filmu zaczyna się tam, gdzie "Reaktywacja" się kończy, więc dobrym pomysłem przed wybraniem się do kina jest przypomnienie sobie poprzedniej części. Neo (Keanu Reeves) znajduje się w stanie przypominającym śpiączkę, jednak jak się szybko okazuje, tak naprawdę utknął gdzieś między światem maszyn a Matrix, w miejscu rządzonym przez niejakiego Kolejarza, podlegającego jednej z najbarwniejszych postaci filmu - Merovingowi (wspaniały Lambert Wilson). Na ratunek przybywają mu oczywiście Trinity (Carrie-Anne Moss) i Morfeusz (Laurence Fishburne), wspierani dodatkowo przez Serafina (Collin Chou), znanego z "dwójki" strażnika wyroczni (w tej roli Mary Alice, która zastępuje tragicznie zmarłą w 2001 roku Glorię Foster). "Reaktywacja" rozkręciła się już po około pół godziny, w "Rewolucjach" musimy czekać ponad godzinę... Praktycznie cały film składa się z wątków kompletnie nieprzydatnych dla spójności całej fabuły, jeśli ten wysiłek scenarzystów można nazwać fabułą.

Jak już wspomniałem, główni bohaterowie postanawiają pomóc Neo i zaczyna się całkiem widowiskowa scena, wybitnie nawiązująca do jednej z najwspanialszych strzelanin w historii kina akcji - walka Trinity i Neo z ochroniarzami w holu, do tego mocna muzyka Dona Davisa i już mamy widza popadającego niemalże w trans, w którym nadzieja na genialny film zaczyna przewyższać jakikolwiek rozsądek i realizm. Najwyraźniej Wachowscy przewidzieli taki przebieg sytuacji i postanowili dalej zaserwować widzom niezdrową papkę zamiast akcji! Mnóstwo bezsensownych dialogów w stylu: " - Co mam zrobić?", " -Wiesz, co masz zrobić", " - Kto zna odpowiedź?", "- Wiesz kto!". I o zgrozo, dzięki temu wszystkiemu widz otrzymuje na tacy kolejną porcję pytań, które bez żadnych skrupułów rozsypują sens filmu w drobny mak.

Na szczęście twórców "dzieła", akcja zaczyna się wreszcie rozkręcać wraz z atakiem maszyn na Zion i dziękuję Bogu, że to się stało, bo inaczej bym wyszedł z sali... Widzowie zamarli, szeptanie i odgłosy pochłaniania popcornu ucichły, wszyscy już wiedzieli, nie pomyliliśmy sal! Niesamowicie widowiskowy pościg maszyn za "Młotem" prowadzonym przez Niobe (Jada Pinkett Smith) - czegoś takiego dawno nie widziałem, a walka piechoty z mątwami spuszczonymi do hangaru tuż nad Zionem, to jak przepyszne nadzienie, do którego się dostałem po godzinie męki. Coś wspaniałego! Wrażenia nie psują nawet patriotyczne wstawki, których nawet Wachowscy nie zdołali uniknąć. Na tle tych sekwencji "wypad" Neo i Trinity na powierzchnię ziemi, świata maszyn wypada dosyć mizernie, pewnie: widz po raz pierwszy może w pełni obejrzeć miasto maszyn, ale po co oni przerywają to widowisko, które odbywa się tam na dole!?

Co gorsza, reżyserzy najwyraźniej postanowili zrobić z Neo Chrystusa i tak mamy scenę, w której Trinity leci prosto na armię maszyn, a wybraniec niczym niewzruszony wystawia rękę przed siebie i z armii zostały wióry... żenada.
Ale największym rozczarowaniem jest finalna walka Neo z agentem Smithem (wspaniały Hugo Weaving). Bardzo widowiskowa, efektowna, ale nudna, a do tego przypominająca japońską mangę, np. znany "Dragon Ball" - latający wojownicy, a ciosom towarzyszą nienaturalne reakcje energii, które momentami przypominają wybuchy jądrowe. Podsumować to można trzema słowami: bardzo niezdrowy żart.

Na film wybrałem się mając ogromne nadzieje, miały wyjaśnić się wszystkie niejasności, mieliśmy poznać odpowiedzi na wszystkie pytania, a dostaliśmy kolejne. Bardzo łatwo z tego wywnioskować, że ktoś chce zarobić na czwartej części. Kto wie? Może za dwadzieścia lat niczym George Lucas ze swoimi "Gwiezdnymi Wojnami", Wachowscy powrócą rozczarować kolejne pokolenia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 41% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).
MC_Bubas
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)