Recenzja filmu Zaginiony świat (1925)
Harry O. Hoyt

Filmowa skamielina

Z każdym kolejnym dziesięcioleciem tytuł filmu Harry'ego O. Hoyta staje się coraz bardziej przewrotny. Jeszcze rok, dwa i dzieło z 1925 roku trzeba będzie uznać za żywą skamielinę, za, nomen ...
Filmweb sp. z o.o.
Z każdym kolejnym dziesięcioleciem tytuł filmu Harry'ego O. Hoyta staje się coraz bardziej przewrotny. Jeszcze rok, dwa i dzieło z 1925 roku trzeba będzie uznać za żywą skamielinę, za, nomen omen, zaginiony świat. Bo są filmy jeszcze sprzed epoki kina dźwiękowego, które próbę czasu wytrzymują i choć zachwyca się dzisiaj nimi stosunkowo niewielka liczba ludzi, to uroku i magii nie sposób im odmówić, ale są też dzieła splątane niewygodnie ówczesną techniką, od niej uzależnione i za jej sprawą popularne. Czas, a wraz z nim cywilizacyjny rozwój, pozostawiły na nich niezatarte piętno.

Po "Parku jurajskim" Spielberga "Zaginiony świat" nigdy nie będzie już taki sam. W porządku, nie byłby taki sam także po wielu innych filmach, nie był taki sam już zapewne na długo przed dziełem z 1993 roku, ale to ono przecież najlepiej pokazuje, jaka przepaść dzieli film z 1925 roku od tego, co działo się w kinie kilkadziesiąt lat później. Pokrytym kauczukiem maszynom przypominającym zabawki z dziecięcego pudełka nijak do grozy, jaką wciąż potrafi wzbudzić Spielbergowski T-Rex. A przecież w tamtych latach praca, jaką wykonano przy tworzeniu tych "starożytnych potworów" budziła aplauz, i publiczności, i krytyki, dość wspomnieć, że New York Times określił filmowe dinozaury jako niesamowicie żywe, sztukę imitacji nazywając w tym przypadku mistrzostwem. A dzisiaj? Może na wyrost byłoby stwierdzenie, że tylko archeolodzy kina znajdują jeszcze drogę do "Zaginionego świata", ale ciężko sobie wyobrazić, aby cieszył się on tą samą popularnością, co dajmy na to, "Gabinet doktora Caligari".

Czy zatem można znaleźć coś jeszcze poza kauczukowymi dinozaurami w filmie, którego główną atrakcją i esencją, były, o ironio, rzeczone dinozaury? Otóż przy dużej dozie sympatii, współczucia i dobroci w "Zaginionym świecie" da się odnaleźć też inne akcenty. Można odnieść wrażenie, że twórcy dzieła, mając świadomość pewnych ograniczeń, postanowili wpleść w akcję filmu elementy nieznane z literackiego pierwowzoru autorstwa Arthura Conana Doyle'a. Najważniejszą zmianą względem powieści, która bazowała przede wszystkim na tradycyjnym fenomenie podróży i eksploracji, jest wprowadzenie kobiety na plan pierwszy i zawiązanie trójkąta, a nawet czworokąta miłosnego. Ze znaną z powieści czwórką bohaterów, czyli nadpobudliwym profesorem Challengerem (Wallace Beery), flegmatycznym i zrzędliwym profesorem Sumerlee (Arthur Hoyt), myśliwym Johnem Roxtonem (Lewis Stone) i dziennikarzem Edwardem E. Malonem (Lloyd Hughes), rusza kobieta – Paula White (Bessie Love), córka Maple'a White'a, który zaginął na złowieszczej wyżynie. Obaj profesorowie ze swoimi naukowymi zainteresowaniami, pomimo początkowego wyeksponowania, z czasem uzyskują status komicznej ciekawostki, natomiast powagi nabiera niema adoracja Pauli ze strony Roxtona i znacznie bardziej hałaśliwa ze strony Malone'a, który nawiasem mówiąc zostawił w Londynie ukochaną Gladys (Alma Bennett). Czy romans jest na pierwszym miejscu, to ciężko jednoznacznie stwierdzić, bo alozaur gorliwie pcha się w co drugi kadr, ale nie ulega wątpliwości, że film postanowiono uatrakcyjnić wątkiem miłosnym. Bo chociaż kauczukowe dinozaury musiały wydawać się bezpieczną lokatą, to i miłość jest przecież zawsze w cenie.

Biorąc jednak – albo nawet i nie biorąc właśnie – pod uwagę pewną koturnowość właściwą miłości przedwojennej, a wzmocnioną jeszcze teatralnością kina niemego, wypada stwierdzić, że ta obecna w "Zaginionym świecie" nie budzi już żywszego bicia serca. Zawiedzeni będą też ci, którzy chcieliby się przekonać, jak reżyser poradził sobie z wątkiem małpoludów. Ano poradził sobie z nim przy pomocy liczby pojedynczej i chociaż Bull Montana został ucharakteryzowany przekonująco, to trochę szkoda, że nie towarzyszą mu inni włochaci przyjaciele. Pozostali aktorzy zachowują się stosownie do wyznaczonych im obowiązków. Lloyd Hughes i Bessie Love odegrali klasyczne love story, które z powodzeniem można by przenieść na londyńskie salony, Lewis Stone odjął powieściowemu myśliwemu żywotność i odrobinę zadziorności, kreując postać typowego angielskiego dżentelmena, natomiast Wallace Beery jak żywo wpasował się w pierwowzór literacki. Niestety, skrzydeł nie dane mu było rozwinąć. W świetle jupiterów błyszczeli na zmianę filmowi amanci i wszędobylski alozaur. I tylko końcówka filmu należy do... nie, nie do profesora Challengera. Do nieco cięższego zawodnika, którego śladem pójdzie parę lat później King Kong.

Nie wszyscy tak ciężko znieśli upływ czasu, wprawdzie bowiem utwór Doyle'a, jak dane mi było się przekonać, także pokrył się kurzem, ale wciąż ma prawo się podobać jako kawałek całkiem solidnej powieści przygodowej, niestety "Zaginionemu światu" Pentti HöytämöHoyta przyszło podzielić los alozaurów, stegozaurów i triceratopsów. Do muzeum co prawda chyba nie trafił, a jeśli trafił to dla towarzyszenia wspomnianym eksponatom, ale do Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych jako film niezwykle cenny dla kultury – już tak. Tam może dostojnie pokrywać się kurzem i służyć archeologom kina. Może kiedyś inni odkryją "Zaginiony świat" na nowo. Pod warunkiem oczywiście, że całą resztę diabli wezmą.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 43% uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).
Macabre
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)