Recenzja filmu Zgromadzenie (2002)
Brian Gilbert

Forma czy treść - oto jest pytanie

Przeglądając opisy dotyczące tego filmu szybko nabrałam ochoty na obejrzenie go. Stwierdziłam, iż zagadkowa i zabytkowa kaplica oraz tajemnicze pojawianie się wciąż tych samych ludzi mogą być ...
Filmweb sp. z o.o.
Przeglądając opisy dotyczące tego filmu szybko nabrałam ochoty na obejrzenie go. Stwierdziłam, iż zagadkowa i zabytkowa kaplica oraz tajemnicze pojawianie się wciąż tych samych ludzi mogą być niezwykle interesujące.

"Zgromadzenie" rozpoczyna się dwuwątkowo. Dwoje młodych, najprawdopodobniej zakochanych w sobie ludzi, przypadkowo "odkrywa" zakopaną kaplicę. Po kilku dniach poszukiwań odnajduje ich policja, a znaleziony kościół staje niesamowitą atrakcją dla miejscowego naukowca (Stephen Dillane) oraz kleru. Równocześnie dowiadujemy się co nieco o młodej Amerykance, Cassie (Christina Ricci), która zostaje potrącona przez samochód. Kierowca owego auta, Marion (Kerry Fox), okazuje się odpowiedzialnym kierowcą, który nie posiada zwyczaju uciekania z miejsca wypadku i postanawia zaopiekować się dziewczyną.
Akcja całego filmu toczy się wokół tychże problemów, aż do momentu, gdy wszystko staje się jasne i banalne, a oba wątki sprytnie się łączą. Jakkolwiek kluczowy moment "Zgromadzenia" stanowią przełomowe odkrycia dokonane przez ojca Bernarda (Blair Plant) - wyjaśniają nam one bowiem nie tylko genezę kościoła, ale także funkcję jaką pełnili, pełnią i zapewne pełnić będą ludzie "wciąż się pojawiający".

Oczywiście zakończenie zdradzać nie mogę, wobec tego, pomijając to zagadnienie, przejdę do jak najbardziej subiektywnej oceny tegoż filmu. Właściwie to sama nie wiem, czy zacząć od plusów czy od minusów. Muszę bowiem przyznać, iż "Zgromadzenie" w pełni mnie zaskoczyło i szczerze mówiąc nie do końca wiem, co o nim sądzić. Jednak jak już się pewnie, Drogi Czytelniku, domyślasz, spróbuję.

Otóż na początku sądziłam, że właśnie zaczynam oglądać typowy horroro-thriller. Zdecydowanie najlepiej świadczyły o tym zdjęcia. Kamera, jak to zwykle w takowych przypadkach bywa, prowadzona była niezwykle powoli w najbardziej nieodpowiednich momentach. Inaczej mówiąc operator kamery, czyli Martin Fuhrer, za każdym razem z wyprzedzeniem informował mnie, iż za sekundę zobaczę jakąś pokiereszowaną twarz czy też większą lub mniejszą dziurę w tułowiu przypadkowego zdawałoby się bohatera. Rzecz jasna jest to przeogromny minus "Zgromadzenia", szczególnie drażniący w końcówce filmu, gdyż wtedy wyczuwałam już kilka minut wcześniej tzw. "drastyczną scenę". Poza tym w przedwczesnej identyfikacji momentów grozy pomagały dźwięki oraz muzyka. Za każdym razem coś musiało huknąć, trzasnąć itp., a dopiero później można było zauważyć krwawą ranę.

Jednak koniec rozpisywania się o zdjęciach, nie jest to wszakże jedyna część składniowa filmu. Jako że zaczęłam od argumentów przeciw pozwólcie, iż będę kontynuować. Przejdę więc do aktorstwa Christiny Ricci. Niestety rola Cassie nie wymagała od niej za wiele talentu aktorskiego. Głównym zadaniem artystki była pracą twarzą, co oznacza, iż musiała się uśmiechać, denerwować, bać i być skupioną. Jedyną zaletą, jaką pokazała w tym obrazie była jakkolwiek dobrze opracowana mimika.

Pozostali aktorzy nie zwrócili na siebie mojej uwagi - najwyraźniej nie prezentowali nic górnolotnego. Poza tym czas przejść do plusów. Zdecydowanie najciekawsza była treść (pomimo braku jakiejkolwiek formy). Jednym z dwóch głównych przesłań filmu były rozważania o ludzkim losie. Wydaje mi się, iż autorzy pragnęli zadać widzom pytanie o tym, co decyduje o naszym losie. Przypadek i przede wszystkim ludzka wolna wola zostały tu przeciwstawione fatum, przekleństwu i przeznaczeniu. Co okazuje się ważniejsze w naszym życiu, musicie domyślić się oczywiście sami. Nie od tego tu jestem.

Jednak jak już wcześniej wspomniałam, nie jest to jedyny problem poruszony w "Zgromadzeniu". Kilkakrotnie (a może tylko raz) użyłam sformułowania: "ludzie, którzy przyszli zobaczyć", co zobaczyć? Nie trudno się domyślić - ból i cierpienie. Przesłanie żywcem wyciągnięte z "Campo di Fiori" Miłosza, bowiem także i Brian Gilbert, podobnie jak poeta, zastanawia się, dlaczego niektórzy z nas są obojętni na los pozostałych - szkoda tylko, iż w o wiele mniej szlachetnej formie.

Teraz zapewne każdy oczekuję, że powiem, czy też warto film zobaczyć, czy może nie. Warto na pewno, choćby nawet dlatego, że jeszcze ktoś nie widział - zawsze to przecież jakiś powód. Ja jednak nie zaliczyłabym tego filmu do dzieł, które już teraz należy zobaczyć - coś w nim jest, lecz niestety niewiele.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 0% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o