Recenzja filmu Conan Barbarzyńca 3D (2011)
Marcus Nispel

Gasi pragnienie... krwi

"Conan Barbarzyńca" to przede wszystkim spora dawka akcji, walk na miecze i tryskającej krwi.
Filmweb sp. z o.o.
To, co zaraz napiszę, sprowadzi na mnie gromy oburzenia. Otóż, filmowy "Conan Barbarzyńca" jest dokładni taki, jak proza Roberta E. Howarda. Nie czarujmy się, Howard nie był wielkim pisarzem. Jego język był prosty, a forma toporna, idealna dla nastoletnich chłopców. I tak samo jest z filmem Marcusa Nispela. Artystycznie reprezentuje poziom zerowy, ale też nie artyzmu spodziewają się po tym tytule młodzi widzowie.

"Conan Barbarzyńca" to przede wszystkim spora dawka akcji, walk na miecze i tryskającej krwi. Chcąc zapewne rozwiać obawy, że nowy Conan nie będzie prawdziwym macho, twórcy postawili na maksymalizację przemocy. Do tego dochodzą półnagie kobiety, egzotyczne scenerie i czarna magia. Wszystko to składa się na doskonale znany wzorzec fantasy spod znaku miecza i magii. Fani gatunku powinni być usatysfakcjonowani. Nispel dał im dokładnie to, czego należało oczekiwać.

Jednak spełnione oczekiwania nie oznaczają wcale, że mamy do czynienia z nie wiadomo jak rewelacyjną produkcją. O nie, co to, to nie. "Conan Barbarzyńca" ma na swoim koncie całkiem sporo grzeszków. Podstawowym jest to, że choć film przypomina prozę Howarda, to twórcy niestety nie poszli śladami samego pisarza. Howard doskonale zdawał sobie sprawę z ograniczeń zarówno postaci, jak i swego stylu i uczynił z Conana bohatera opowiadań. W skondensowanej formie postać barbarzyńcy prezentowała się nader imponująco, nawet jeśli niektóre z jego przygód były, jakby to powiedzieć delikatnie... głupie. Tymczasem film jest nadmiernie rozdęty, przez co, niestety, widać każdą dziurę w fabule. Gdyby pozbyć się kilku dłużyzn, skrócić go o co najmniej 20 minut, stałby się jeszcze dynamiczniejszy.

Pisząc o "Conanie Barbarzyńcy", nie można nie wspomnieć o odtwórcy tytułowej roli, zwłaszcza że przed premierą angaż Jasona Momoi był przez wielu przyjęty ze zgrozą. Jęki zawodu wywoływał fakt, że Momoa wcześniej paradował w kąpielówkach w "Słonecznym patrolu". To święte oburzenie mnie osobiście śmieszyło. Owszem, Momoa grał w tym serialu, ale grał, a zatem jakieś podstawy aktorskie ma. Tymczasem przed laty Arnold Schwarzenegger otrzymał rolę w "Conanie Barbarzyńcy" dlatego, że paradował w slipach na zawodach kulturystów. On dopiero uczył się aktorstwa (i języka angielskiego). Na szczęście Momoa jako Conan wypada bardzo dobrze. Ale to nie będzie zaskoczenie dla kogoś, kto oglądał "Grę o tron". Dodatkowym plusem filmu jest Rachel Nichols, która z Momoą stworzyła całkiem zgrany duet komediowy. Są razem tak dobrzy, że trochę żałowałem, że tak niewiele mają wspólnych scen. Spodobała mi się też Rose McGowan, która w końcu pokazała, że nie jest tylko "Czarodziejką" i z powodzeniem mogłaby zagrać w kobiecej wersji "Koszmaru z ulicy Wiązów".

"Conan Barbarzyńca" to kino bez większych ambicji. Jeśli potrzebujecie "odmóżdżacza", to obraz Nispela nadaje się na to idealnie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (211 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o