Recenzja filmu Superman: Powrót (2006)
Bryan Singer

Gdzie ci mężczyźni?

Komiksowi bohaterowie mają wiele niezwykłych zdolności. Potrafią stopić górę lodową, skakać po wieżowcach lub rozciągać się niczym guma. Żaden heros jednak nie jest nieśmiertelny. A już tym ...
Filmweb sp. z o.o.
Komiksowi bohaterowie mają wiele niezwykłych zdolności. Potrafią stopić górę lodową, skakać po wieżowcach lub rozciągać się niczym guma. Żaden heros jednak nie jest nieśmiertelny. A już tym bardziej nie jest nim Superman, który w pamięci wielu widzów zmarł śmiercią naturalną wiele lat temu. Czy najnowszy film jest szansą na reinkarnację legendy?

Zgodnie z tytułem, film opowiada o wielkim powrocie Supermana, który ostatnie 5 lat spędził na Kryptonie. W czasie jego nieobecności wiele rzeczy zdążyło ulec diametralnej zmianie. Społeczeństwo zaczęło zapominać, jak wielkie zasługi dla pokoju na świecie miał Superman. Lois Lane wyszła za mąż i obecnie jest szczęśliwą matką kilkuletniego chłopca. W tej nowej rzeczywistości nie tylko trudno odnaleźć się samemu bohaterowi, ale także i widzowi. Akcja osadzona jest w nieokreślonym dokładnie czasie. Z jednej strony wszystko trąci tu myszką - od wielkiego logo Daily Planet, a na samej redakcji gazety kończąc. Mimo tego wiele aspektów wskazuje na to, że akcja nie tylko toczy się w teraźniejszości, ale być może i w przyszłości. Byłoby to całkiem sensowne, gdy tylko filmowe miejsce wydarzeń obdarzy się jakimś klimatem. Twórcy najnowszej części przygód człowieka ze stali wyraźnie o tym zapomnieli. Ale to tylko jedna drobna wada, która na tle pozostałych mankamentów wydaje się wręcz mikroskopijna.

Największą bolączką filmu jest bowiem wyjątkowo nieciekawy scenariusz. Lex Luthor chce wprowadzić w życie swój diaboliczny, lecz wyjątkowo mało interesujący plan. Większość seansu stanowią jednak mniej lub bardziej zgrabne dialogi. Niektóre z nich to prawdziwe perełki. Zdarzają się jednak sceny dodane do całości na siłę. Wyjątkowo nieudolna wydaje się wreszcie sama końcówka. Jest "przeciągnięta", wydumana i wyjątkowo patetyczna. Cały seans mógł się skończyć dobre 20 minut przed pojawieniem się napisów końcowych. Twórcy na siłę więc próbowali przykuć widzów do kinowych foteli. Być może zabieg ten miał na celu pokazać, jak wielką i patetyczną epopeją jest "Superman: Powrót". Film trwa bite 2,5 godziny i jest to stanowczo o co najmniej 45 minut za długo. Konia z rzędem temu, kto ani razu w trakcie seansu nie poczuł znużenia.

Aktorsko film jest bardzo nierówny. Brandon Routh jako superheros sprawdza się co najmniej dobrze. Jego skromna gra aktorska sprawia, że niemal od pierwszej chwili akceptujemy nowe "wcielenie" komiksowego bohatera. Dużym nieporozumieniem jest za to gra Kevina Spacey'ego. Ten wybitny aktor stworzył tu kreację bardzo przerysowaną i niewpasowującą się nijak w konwencję całego filmu. Sceny z jego udziałem należą do najbardziej męczących. Trudno było aktorowi ze scenariusza wykrzesać diaboliczny charakter granej przez siebie postaci. W efekcie wykreowana przez aktora postać Lexa Luthora nie jest ani ciekawa, ani tym bardziej przerażająca. Obsadzenie z kolei Kate Bosworth w roli Lois Lane było już samo w sobie dużym błędem. Aktorka, która karierę zrobiła na młodzieżowych komediach wcieliła się w rolę dojrzałej i doświadczonej kobiety. Jej sama aparycja w tym kontekście wydaje się więc co najmniej groteskowa. Choć sama Bosworth stara się jak może tchnąć życie w graną przez siebie postać, to jednak jej kreacja z góry jest skazana na porażkę. Nawet wybitni aktorzy (a Bosworth taką z całą pewnością nie jest) nie zagrają wbrew swoim naturalnym warunkom.

"Superman: Powrót" nie jest pozbawiony wyraźnych zalet. Jak na najdroższą produkcję w dziejach Hollywood, film olśniewa stroną realizacyjną. Efekty specjalne stoją tu na najwyższym poziomie, a niektóre sekwencje wyznaczają wręcz kinu rozrywkowemu nowy tor. Przepych i 270 mln dolarów budżetu są widoczne tu gołym okiem. Zawodzi za to ścieżka dźwiękowa. Twórcy wykorzystali motyw muzyczny znany z wcześniejszych filmów. Krok ten był chyba wyjątkowo nieprzemyślany. Cała produkcja bowiem stara się wpasować w konwencję współczesnego dynamicznego kina akcji. Na tym tle patetyczne melodyjki brzmią jak jawna amerykańska propaganda heroizmu. Być może jednak użycie zupełnie nowego podkładu dźwiękowego byłoby postrzegane jako profanację legendy... Twórcy mimo to jednak powinni zaryzykować i stworzyć zupełnie nowy soundtrack.

Głębokie treści można podobno dostrzec nawet w reklamie płatków śniadaniowych, jeśli tylko wykaże się wiele dobrej woli. Tak jest też z nowym "Supermanem". Przy odrobinie dobrej woli odnajdzie się w tym filmie coś interesującego dla siebie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)