Recenzja filmu Grizzly Man (2005)
Werner Herzog

Gdzie kończy się człowieczeństwo, tam zaczyna się Herzog

Werner Herzog to jeden z tych twórców, którzy nie przestają mnie magnetyzować już od wielu, wielu lat. No bo jak może nie magnetyzować i nie pociągać postać tak barwna i konsekwentnie nie ...
Filmweb sp. z o.o.
Werner Herzog to jeden z tych twórców, którzy nie przestają mnie magnetyzować już od wielu, wielu lat. No bo jak może nie magnetyzować i nie pociągać postać tak barwna i konsekwentnie nie pozwalająca się zaszufladkować? Autor elektryzujących fabuł, nietuzinkowych dokumentów, aktor, pisarz, producent, wielki wizjoner. Wieloletni przyjaciel i współpracownik kultowego Klausa Kinskiego i zarazem dobry ziomek awangardowca Harmony'ego Korine'a, ikony nowojorskiej bohemy młodszego pokolenia (u którego nota bene zagrał w obrazie "Julien Donkey Boy"). Poetycki i oniryczny, a zarazem brutalny i ironiczny. Poszukiwacz najgłębszej prawdy o ludzkiej naturze i równocześnie niepoprawny kpiarz. Żartowniś, którego każde słowo może okazać się drwiną. Może też być całkiem serio. Wszystkie te elementy zagrały harmonijnie w przypadku "Grizzly Man", jednego z moich ulubionych dokumentów Herzoga. Niezwykłego i porywającego - jak większość dzieł tego wybitnego niemieckiego twórcy.

Poezja, ale i okrucieństwo, groteska, ale i trwoga spotykają się i dyskretnie zespalają w niezwykłej biografii Timothy'ego Treadwella, "człowieka-niedźwiedzia". "Grizzly Man" to także swoiste epitafium i Herzogowska próba dotknięcia istoty życia i działań tragicznie zmarłego, kontrowersyjnego obrońcy przyrody. Dokument powstał w oparciu o autentyczne nagrania video Treadwella, przeplatane wywiadami z jego rodziną i przyjaciółmi, uzupełniane komentarzem reżysera.
Timothy Treadwell to bohater tragikomiczny na miarę naszych czasów. Niespełniony showman z nałogami i mitomańskim zapędami. Ujmujący dziecięcą naiwnością i wzruszający poświęceniem, z jakim oddawał się sprawie ratowania niedźwiedzi grizzly. Równocześnie jednak wprawiający w mocną konsternację, nieustannym infantylizowaniem drapieżników. Jego relacja z niedźwiedziami była na przemian rozczulająca w swym idealizmie i drażniąca w bezmyślności. Co gorsza, sama powierzchowność Treadwella utrudniała mi traktowanie go serio. Nieodparcie bowiem nasuwało mi się skojarzenie z samozwańczą gwiazdą polskiego internetu sprzed paru lat, niejakim Gracjanem Roztockim (który wsławił się głównie uprawianiem nagich perfomance'ów na łonie natury). Idąc tym tropem, niechybnie rzuca się w oczy kolejne podobieństwo – Timothy, podobnie jak Gracek przejawiał objawy schorzenia, w popkulturowej świadomości funkcjonującego jako "parcie na szkło". Drwina musi jednak ustąpić gorzkiemu skonfudowaniu, gdy ujawnione zostają dramatyczne okoliczności śmierci Treadwella...

Oglądając archiwalne nagrania Timothy'ego i słuchając jego wywodów, łatwo wpaść w pułapkę zastawioną przez Herzoga i skwitować - "świr", "szaleniec", "nawiedzony". I faktycznie, trudno odmówić Treadwellowi obłąkańczego fanatyzmu i narcystycznych zapędów, niemniej jednak jest w tej historii coś więcej. Coś, co sprawia, że jednoznaczna ocena i klasyfikacja tej barwnej persony nie jest sprawą łatwą.

Nie sposób zignorować czułości i miłości, jaką Treadwell darzył alaskańskie grizzly oraz wątpić w jego szczere przekonanie o słuszności swojej misji. Z drugiej strony, dbałość z jaką kręcił reportaże, wielokrotnie powtarzając ujęcia i wszelkimi sposobami uatrakcyjniając swe jednoosobowe show, budzą pewne wątpliwości jeśli chodzi o bezinteresowność tych wszystkich działań. Co więcej, gdy zrobiło się o nim głośno w mediach, z lubością udzielał wywiadów, pozował do zdjęć i rozkoszował się swoimi pięcioma minutami sławy. Taki celebryta z puszczy. Doskonała pożywka dla tabloidów. Równocześnie jednak Treadwell regularnie odwiedzał amerykańskie szkoły, by nieodpłatnie przekazywać dzieciakom wiedzę na temat zamieszkujących Alaskę grizzly i uświadamiać w kwestiach ochrony przyrody (mimo, że jego metody pracy w dziczy były wielokrotnie krytykowane przez ekologów i przyrodników).
Timothy twierdził, że niedźwiedzie go uratowały. Obcowanie z przyrodą pozwoliło mu uporać się z nałogami i depresją związaną z nieudana karierą aktorską. Trudno jednak nie zauważyć, że jego zwrot ku naturze stanowił de facto dość wyraźną sublimację niesatysfakcjonującej egzystencji. W tym kontekście fakt, że zginął brutalnie rozszarpany przez jednego ze swych "milusińskich" nie nosi już nawet znamion ironii, lecz jest w jakiś sposób jedynym możliwym zakończeniem tej historii. Timothy Treadwell nie mógł już żyć wśród ludzi, bo za bardzo odpłynął w świat idealistycznej wizji przyrody i swojej misji. Nie mógł również żyć, zgodnie ze swymi pragnieniami, wśród grizzly na Alasce, bo mimo wszelkich starań, niedźwiedziem nie był. Krwawe zakończenie było nieuchronnie zbliżającym się finałem drogi, którą obrał.

Herzog nie ocenia Treadwella, ale też nie boi się konfrontacji swoich poglądów z wizją wyłaniającą się z nagrań przyrodnika. I, o ile postrzeganie natury Timothy'ego jest iście disneyowską afirmacją kompletnie odrealnionego świata przyrody, o tyle reżyser dostrzega w niej chaos, brutalność i bezwzględność. Niemniej jednak, mimo kompletnie odmiennych perspektyw patrzenia na naturę, Herzog złożył Treadwellowi hołd najlepszy z możliwych – obsadził go w głównej roli filmu, którego jemu samemu nigdy nie było dane nakręcić.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 95% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).
triliv
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)