Recenzja filmu Mamuśki mają wychodne (2017)
Alethea Jones

Girls just wanna have fun

Film Alethei Jones (reżyseria) i Julie Rudd (scenariusz) to w gruncie rzeczy laurka złożona wszystkim zapracowanym matkom, które zapominają czerpać radość z życia albo zwyczajnie nie mają ...
Filmweb sp. z o.o.
"Mamuśki mają wychodne" nie jest filmem dla każdego. Próg wejścia wygląda tak: kilkunastoletnie małżeństwo, co najmniej dwoje dzieci i jakieś 35+ na karku. Mile widziana jest także płeć rodzaju żeńskiego. Film Alethei Jones (reżyseria) i Julie Rudd (scenariusz; jej mąż Paul Rudd ma tu zresztą – podobnie jak Adam Levine i Paul Rust – bardzo przyjemny występ) to bowiem w gruncie rzeczy laurka złożona wszystkim zapracowanym matkom, które zapominają czerpać radość z życia albo zwyczajnie nie mają czasu/siły/możliwości na zabawę. "Mamuśki" przypominają też, że aby prowadzić szczęśliwe życie i obdarowywać tym szczęściem swoich bliskich, trzeba zacząć od zadbania o swoje własne samopoczucie. Oczywiście, wszystko w rozsądnych granicach.


Wszystkie cztery bohaterki filmu – Emily (Katie Aselton), Kate (Toni Collette), Melanie (Bridget Everett) i Jamie (Molly Shannon) – poznajemy, gdy oddają się codziennym rytuałom, które sprowadzają się głównie do wykonywania salt i piruetów nad potrzebami swoich dzieci. Po takiej ekspozycji wiadomo już, że każda z nich na maksa potrzebuje chwili odpoczynku, co jest równoznaczne z odcięciem się od rodzinnego chaosu. Okazją ku temu może być zaplanowana przez Jannie i Melanie kolacja dla mam, na którą zapraszają też Emily, a ponieważ ta przyjaźni się z Kate, ją też zabiera ze sobą. Rzecz w tym, że ani Kate nie lubi Jannie i Melanie, ani one nie lubią Kate. Po kilku zdaniach pyskówki panie dochodzą jednak do porozumienia, a wypalona wspólnie fajka pokoju sprawia, że wszystkie zaczynają się ze sobą świetnie bawić. 

Nie oczekujcie jednak, że mamuśki wezmą szturmem miasto wzorem facetów z "Kac Vegas" – to w końcu dojrzałe, mądre i odpowiedzialne kobiety, które nigdy nie zapominają, co przystoi im z racji ich wieku, płci i pozycji (tak, to ironia). Ich jedynymi przewinieniami w ciągu całej nocy będzie więc kilka lufek czystej whisky, parę skrętów i fałszowanie podczas występów karaoke. Tyle jednak wystarczy, by same nazwały tę imprezę najbardziej szaloną w ich życiu. Oczywiście widzowie na innym etapie życia mogą nie być pod takim samym wrażeniem.


Inne "mamuśki" natomiast docenią film za inteligentny humor i kojącą siłę kobiecej solidarności – a także siłę kobiecości w ogóle. Przede wszystkim za sprawą fantastycznych aktorek z Toni Collette na czele. Podczas swoich nocnych "ekscesów" bohaterki czerpią bowiem radość głównie ze swojego towarzystwa. Po przełamaniu początkowych barier zaczynają być wobec siebie wyjątkowow ciepłe i dzielą się swoimi najbardziej intymnymi myślami – i to bardziej te rozmowy niż wybryki pod wpływem alkoholu sprawiają, że ta noc jest dla nich wyjątkowa.

Żadna z filmowych mamusiek w gruncie rzeczy nie chce drastycznie zmieniać swojego życia – wszystkie pragną je jedynie odświeżyć i nabrać dystansu, by na nowo móc cieszyć się swoją rodzinną codziennością. Popełnione błędy zaprowadzą je więc wprost do domu z mocnym postanowieniem poprawy. Być może niejedna mamuśka zrobi po seansie to samo. Grunt, że z własnej nieprzymuszonej woli. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
Dorota Kostrzewa
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły