Recenzja filmu Listy z Iwo Jimy (2006)
Clint Eastwood

Gloria victis

"Listy z Iwo Jimy" i kręcony równolegle "Sztandar chwały" tworzą innowacyjną technikę opowiadania bitwy z perspektywy zwycięzców, jak i pokonanych. W połowie lutego1945 roku sto dziesięć tysięcy ...
Filmweb sp. z o.o.
"Listy z Iwo Jimy" i kręcony równolegle "Sztandar chwały" tworzą innowacyjną technikę opowiadania bitwy z perspektywy zwycięzców, jak i pokonanych. W połowie lutego1945 roku sto dziesięć tysięcy Marines przybywa, by zdobyć wyspę Iwo Jima w pięć dni. Bitwa ta ma ostatecznie podłamać Japończyków, odbierając im symboliczne, wręcz święte dla nich miejsce. Ostrzeliwani przez okręty, bombardowani nieustannie przez lotnictwo, pozbawieni nadziei na wsparcie czy nawet ewakuację, skazani są na pewną zagładę. Pomimo tego walczą zaciekle niemal przez miesiąc.

Dzielenie jednej historii jest krokiem dość ryzykownym z artystycznego punktu widzenia, gdyż za większością takich decyzji stoi powód finansowy, a z ambitnego zamierzenia wychodzą dwa półprodukty, których siła oddziaływania jest dwukrotnie mniejsza, niż miałoby to miejsce w przypadku jednego filmu. Jednak Clint Eastwood wykorzystuje tę możliwość do pewniejszego nakreślenia obrazu bitwy o Iwo Jimę, szukania w kinie nowych rozwiązań i sposobów opowiadania. "Sztandar chwały" i "Listy z Iwo Jimy" tworzą, bowiem sprecyzowane, spójne i uzupełniające się historie. Decyzja o nakręceniu dwóch filmów jest, więc w zupełności trafna i nie wynika z producenckiego "skoku na kasę", lecz jest umotywowany fabularnie.

Wersja "amerykańska" jest refleksją na temat bohaterstwa, jak i postaci bohatera w ogóle, presji rządu na żołnierzach mających "zarobić" na kampanię wojenną, a także o moralnej porażce każdej z walczących stron. Wersja "japońska" natomiast jest ostatnią (na pół bohaterską, na pół rozpaczliwą) próbą zmiany losów wojny, ocalenia świętości, jaką jest wyspa Iwo Jima i zderzenie ideałów kultury i sztuki wojennej z brutalną rzeczywistością. Opowieści te biegną dwutorowo tworząc bardzo interesujące paralele obu nacji. Różnice widać także w sposobie realizacji i kreśleniu charakterów żołnierzy skutkiem czego te same starcia odbieramy zupełnie inaczej. Amerykanie są (mimo oczywistych obaw o swoje życie) w gruncie rzeczy pewni zwycięstwa i środki jakimi dysponują są miażdżące. Natomiast dla Japończyków walka o obronę wyspy to w gruncie rzeczy kwestia honoru i poświęcenia.

Po zapoznaniu się z obydwoma filmami trudno nie ulec wrażeniu, że "Listy z Iwo Jimy" są dziełem o klasę lepszym od "Sztandaru chwały", w którym to wyraźnie brakowało pełnokrwistych postaci, z którymi widz mógłby się identyfikować i współprzeżywać wojenne i powojenne niedole. Ten emocjonalny niedobór pierwszej odsłony opowieści został znakomicie zrekompensowany przez bardzo precyzyjne nakreślenie sylwetek postaci. Głównym bohaterem jest generał Tadamichi Kuribayashi, mężny człowiek czynu, świetny wódz i strateg będący idealnym oparciem dla pozbawionych nadziei żołnierzy. Ken Watanabe tworzy tu wybitną, koncertową rolę wyposażając swoją postać we wszystkie potrzebne wodzowi cechy (pewność siebie, charyzmę, siłę fizyczną i psychiczną, a także szacunek i wsparcie dla żołnierzy), czyniąc to z niebywałą wiarygodnością. Dodatkowo obraz zawiera także pełną galerię ciekawych i wyrazistych postaci drugoplanowych uwydatniających historię o nowe perspektywy społeczno-polityczne.

Bardzo ciekawą obserwacją, z kulturowego punktu widzenia, jest konfrontacja ideałów japońskiego żołnierza z wojenną apokalipsą, która odziera ludzi nie tylko z wyznawanych przez nich zasad, lecz także z człowieczeństwa. Poglądy nawet najtwardszych jednostek szybko mogą zostać zweryfikowane w obliczu nagłej śmierci. Wewnętrzny dramat człowieka bijącego się z myślami, czekającego na własną egzekucję w podziemnych tunelach, patrzącego na coraz to kolejnych żołnierzy zarażających się dyzenterią jest, bowiem nie do wyobrażenia. W myśl przyjętej zasady honoru, jeżeli dany pułk nie utrzyma bronionej przez siebie pozycji powinien z godnością odebrać sobie życie. Każdy, kto nie wykona wyżej wymienionego rozkazu okrywa się hańbą, czyli najgorszym, co za życia może Japończyka spotkać. Wola przeżycia jest jednak silniejsza i zdolna do największych upokorzeń. Pojawiają się, więc czyny, które teoretycznie nie powinny mieć miejsca, takie jak, próby uchylenia się od walki czy dezercja. Reżyser nie boi się także pokazania sceny, w której Amerykanie bestialsko mordują bezbronnego jeńca. To porzucenie tak charakterystycznej w wielu produkcjach krystalizacji Jankesów daje twórczy obiektywizm i niweluje podział na dobrych i złych. Wszyscy są po prostu ludźmi.

Clint Eastwood jest uosobieniem słowa artysta. Mimo dwóch Oskarów i tabunu innych nagród w dalszym ciągu "robi swoje", starając się tworzyć historie bliskie ludziom i ich naturze. Niezależnie od poruszanych w nich kwestii potrafi zawrzeć w swoich filmach niepokojący ładunek emocjonalny, dzięki któremu pozostają one w naszej pamięci. Tak jest i w tym przypadku. Reżyserska powściągliwość, miejscami wręcz asceza idealnie oddaje nastroje panujące "wewnątrz" wyspy, stopniowe pogrążanie się w chaosie, dezinformacja i osaczenie. Także dbałość i dopracowanie każdego z elementów tworzonego dzieła, czy to w kwestii obyczajowości innego narodu, strony technicznej czy przepięknej muzyki budzi podziw. Oby Clint Eastwood żył wiecznie, bo zaprawdę jest to współczesny geniusz kina.

Sebastian Pytel
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
SQNboy
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o