Recenzja filmu Piła (2004)
James Wan

Godziny rozpaczy

Kiedy spojrzymy na "Piłę" trzeźwo, nie zwracając uwagi na reklamowe hasła czy maniakalne wypowiedzi nastoletnich fanów makabry, okaże się, że debiutancki film Jamesa Wana to wtórna, a co ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Piła (2004)
Ze zgrozą patrzę na to, do czego zdolni są specjaliści od marketingu. Nie dość, że potrafią nam sprzedać praktycznie wszystko, to jeszcze robią to w taki sposób, że jesteśmy przekonani, że kupujemy okazyjnie coś wyjątkowego i wartościowego. Podobnie jest w przypadku "Piły". Obiecujący pomysł, kilka ostrych plakatów, mroczne zwiastuny i już budzi się w nas przeświadczenie, że oto obcujemy z dziełem unikalnym, niepowtarzalnym i dostarczającym takich emocji, jak żaden obraz wcześniej. Kiedy jednak spojrzymy na "Piłę" trzeźwo, nie zwracając uwagi na reklamowe hasła czy maniakalne wypowiedzi nastoletnich fanów makabry, okaże się, że debiutancki film Jamesa Wana to wtórna, a co najgorsze – bardzo słaba i pełna logicznych błędów produkcja, niewarta nawet wycieczki do kina.

Młody mężczyzna o imieniu Adam budzi się w zrujnowanym i brudnym pomieszczeniu i przerażeniem stwierdza, że jedna z jego nóg została przykuta solidnie wyglądającym łańcuchem do wystającej ze ściany rury. Po drugiej stronie piwnicy zauważa przykutego do ściany doktora Lawrence Gordona. Pomiędzy nimi leżą zakrwawione zwłoki mężczyzny z przestrzeloną głową. W martwych dłoniach trzyma dyktafon i pistolet. Obaj mężczyźni okazują się kolejnymi ofiarami sadystycznego mordercy o pseudonimie Pan Układanka. Z taśmy znalezionej w piwnicy dowiadują się, że żona i córka Gordona zostały porwane. Aby je ocalić, Lawrence musi w przeciągu najbliższych 8 godzin zabić swojego towarzysza niedoli.
Swoim ofiarom morderca pozostawił również dwie niewielkie piłki. Są zbyt słabe, by przeciąć łańcuchy, ale wystarczą by przeciąć nimi ciało i kości...

Muszę przyznać, że i ja znalazłem się w grupie ludzi, którzy po obejrzeniu klimatycznego zwiastuna, potężnej galerii zdjęć, plakatów oraz przeczytaniu obiecującego streszczenia nastawili się, że "Piła" stanie się jednym z największych kinowych odkryć ostatnich miesięcy. Niestety, już w połowie projekcji wiedziałem, że debiutanckie dzieło Jamesa Wana to nieumiejętnie skonstruowana historia swoją popularność zawdzięczająca jedynie wspomnianej już kampanii marketingowej.

Przede wszystkim rozczarują się ci, którzy po "Pile" oczekiwać będą trzymającego w napięciu dreszczowca psychologicznego opowiadającego o losach dwóch mężczyzn postawionych przed ostatecznym wyborem. Scenarzysta Leigh Whannell wzbogacił bowiem "Piłę" o taką ilość retrospekcji, że w pewnym momencie film staje się nie historią uwięzionych Adama i Lawrence'a, ale tego, jak doszło do tego, że obaj znaleźli się w feralnej piwnicy.

W rezultacie nasze początkowe zaangażowanie w historię, jak również zainteresowanie jej bohaterami, z biegiem czasu zaczyna drastycznie opadać. Zamiast wraz z Adamem i Gordonem szukać rozwiązania szatańskiej łamigłówki psychopaty, filmowcy serwują nam historie wcześniejszych ofiar Pana Układanki, szczegóły nieudanego małżeństwa Lawrence'a oraz historię policjanta, dla którego schwytanie mordercy stało się obsesją. 
Sytuacji nie poprawia fatalne aktorstwo będące tak naprawdę jedyną prawdziwie przerażającą rzeczą w tym filmie. Cary Elwes, którego prywatnie bardzo lubię za role w "Robin Hood: Faceci w rajtuzach" oraz "Narzeczonym księżniczki", tutaj wypada gorzej niż amator. Wiele scen z jego udziałem wzbudza śmiech, co oczywiście sprawia, że zaangażowanie widzów w opowiadaną historię znacznie maleje.
Ponadto udziwniony sposób realizacji - przyspieszone zdjęcia, kamera zmieniająca często położenie oraz ścieżka dźwiękowa przywodząca na myśl wczesne kompozycje Nine Inch Nails - cały czas przypominają nam, że "Piła" to "tylko" film, zwiększając dodatkowo nieprzeźroczystość granicy pomiędzy widzem a kinowym ekranem.

Dużo emocji wzbudza zakończenie filmu, które faktycznie jest nieprzewidywalne. Tylko co z tego, kiedy żeby je zobaczyć, musimy przebrnąć przez 95 minut nieudolnie zrobionej produkcji. Ponadto twórcom nie udało się uniknąć całej masy błędów logicznych. Po pierwszym szoku związanym z tożsamością Pana Układanki zaczniecie zadawać sobie pytania co do sensowności i prawdopodobieństwa tego rozwiązania.

"Piłę" już teraz zaliczam do grona największych filmowych rozczarowań tego roku. Po reakcji publiczności, która razem ze mną pokładała się ze śmiechu na pokazie, wnioskuję, że nie jestem w tej opinii odosobniony. Obcięte kończyny na plakatach i mroczne zwiastuny mogą być obietnicą sporych emocji, ale w tym przypadku, są to obietnice bez pokrycia.

To nie piła, ale kiła – powiedziała po seansie towarzysząca mi osoba i jest to chyba najbardziej trafna ocena tego filmu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 28% uznało tę recenzję za pomocną (411 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie