Recenzja filmu Pani Henderson (2005)
Stephen Frears

Golizna i herbatniki

Zapewne to sukces "Królowej" sprawił, że do polskich kin wreszcie trafia "Pani Henderson", film Stephena Frearsa. Oba tytuły łączy jeden zasadniczy wspólny element - wybitne kreacje aktorskie ...
Filmweb sp. z o.o.
Zapewne to sukces "Królowej" sprawił, że do polskich kin wreszcie trafia "Pani Henderson", film Stephena Frearsa. Oba tytuły łączy jeden zasadniczy wspólny element - wybitne kreacje aktorskie odpowiednio Helen Mirren w roli brytyjskiej królowej Elżbiety II oraz Judi Dench w roli Laury Henderson, owdowiałej arystokratki wkraczającej w świat rozrywki.

Po śmierci męża Laura ma wybór: może zająć się szydełkowaniem lub haftowaniem, przewodzić komitetowi dobroczynnemu albo wziąć sobie młodego kochanka. Żadna z opcji odmalowanych przez uczynną przyjaciółkę specjalnie jej nie pociąga. Niespodziewanie dla siebie samej wpada na pomysł otworzenia teatru wodewilowego. Z ujmującą szczerością przyznaje jednak, że o biznesie rozrywkowym nie ma najmniejszego pojęcia, zatrudnia zatem teatralnego wyjadacza. Vivian Van Damm, holenderski Żyd, jest dżentelmenem i zna się na rzeczy, ostatecznie jednak na korzyść jego kandydatury przemawia fakt, iż jest równie dumny i uparty, co Laura. Ruszają przygotowania do pierwszego przedstawienia.

Pomysł umieszczenia w programie nie tylko spektakli wieczornych, ale również porannych i popołudniowych, okazuje się strzałem w dziesiątkę. Szybko jednak zostaje skopiowany przez konkurencję. Laura proponuje zatem, aby uatrakcyjnić spektakle odrobiną golizny, co w Wielkiej Brytanii pierwszej połowy XX wieku nadal wydaje się nie do pomyślenia. Tymczasem Europę ogarniają ciemności. Hitler zdobywa kolejne kraje na kontynencie, lada dzień niemieckie samoloty zaatakują Wyspy Brytyjskie...

Aktorski popis Judi Dench jest głównym, ale nie jedynym atutem filmu Frearsa. Wybitnej angielskiej aktorce dzielnie sekunduje Bob Hoskins. Jako Vivian Van Damm jest zarazem pocieszny i zdecydowany; stanowczy, ale i odrobinę safandułowaty. Hoskinsowi udaje się również wzbogacić tę postać o rys tragiczny, choćby w scenie, gdy dyrektor teatru przerażony wpatruje się w artykuł opisujący los europejskich Żydów.

Do "Pani Henderson" znakomicie pasuje określenie "komediodramat". Świetne dialogi pełne są typowo brytyjskiego humoru. Na przykład podczas przesłuchania jednej z kandydatek Van Damm stwierdza: "Jest piękna, ale te sutki...". "Zbyt duże?", dopytuje się asystentka. "Nie", odpowiada dyrektor. "Nie są brytyjskie. Może włoskie... My potrzebujemy brytyjskich".

Dowcipne wymiany zdań sąsiadują ze scenami bombardowań. Choć przedstawienia odbywają się między jednym a drugim alarmem bombowym, zaś wśród ekipy panuje podniosły nastrój i determinacja, aby grać za wszelką cenę, za kulisami dojdzie również do prawdziwych ludzkich dramatów.

Dla Laury Henderson teatr Windmill stanie się nie tylko sposobem na przełamanie sztywnej towarzyskiej konwencji, ale przede wszystkim szkołą odpowiedzialności. To, co miało być początkowo zabawką zblazowanej starszej pani, okaże się lekcją prawdziwego życia. Pozwoli jej nie tylko zająć czymś myśli po śmierci męża, ale i pogodzić się ze stratą o wiele bardziej bolesną, gdyż rażąco niesprawiedliwą...

"Pani Henderson" to film miejscami patetyczny, ale i zabawny. Przystępny, lecz niegłupi. Przede wszystkim zaś świetnie zagrany i wyreżyserowany. Warto go obejrzeć nie tylko dla wciągającej fabuły udatnie łączącej elementy komedii i dramatu, ale również po to, by nacieszyć się doskonałym filmowym rzemiosłem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).
o