Recenzja filmu 101 Reykjavík (2000)
Baltasar Kormákur

Gorący kawałek z mroźnej Islandii

Skandynawskie kino, które ostatnio raczy nas głownie filmami spod znaku Dogmy, kojarzy się z poważnym roztrząsaniem ludzkich problemów i człowieczej natury, która odarta braku reflektorów i ...
Filmweb sp. z o.o.
Skandynawskie kino, które ostatnio raczy nas głownie filmami spod znaku Dogmy, kojarzy się z poważnym roztrząsaniem ludzkich problemów i człowieczej natury, która odarta braku reflektorów i osadzona w pozbawionych wystawnej oprawy klimatach, obnaża się nam, wyzbywając wszelkich zahamowań. Widzieliśmy to i w "Przełamując fale" i w ostatnio pokazywanym na Warszawskim Festiwalu Filmowym rewelacyjnym obrazie "Kiedy noce robią się długie". Geograficznie może ciężko zaliczyć Islandię do Skandynawii, jednak klimat i mentalność mieszkających tam ludzi są sobie najbliższe. I miło dowiedzieć się, że pomijając dość pokaźną produkcję porno, dogłębne roztrząsanie życia czy głupawy humor pokroju przygód gangu Olsena, kręci się tam także optymistyczne i jednocześnie inteligentne filmy. Do nich na pewno należy ekranizacja kontrowersyjnej książki Hallgrimura Helgasona "101 Reykjavik".

Rzecz opowiada o Hlynurze, 33-latku, który śpi do południa, włóczy się po domu, pije całą noc i ląduje w łóżku z dziewczynami u boku których nie może zasnąć. Jego podstawowym kontaktem ze światem jest satelita, dzięki której ogłada ulubione kanały pornograficzne i Internet, który stanowi jego furtkę na zewnątrz. Jest facetem bez celu w życiu, nie chce mu się nawet otwierać listu z urzędu pracy, a i jego znajomi - śmieciarze, także ambicją nie grzeszą, a do pracy zmusza ich zapewne tylko fakt nieposiadania tak wyrozumiałej i cierpliwej mamusi, z jaką szczęście (?) ma mieszkać nasz bohater. Wspomniana rodzicielka okazuje się jednak ostatecznie być pośrednią przyczyną przemiany, jaką przez półtorej ekranowej godziny mamy okazję obserwować. Otóż pewnego dnia mama zaprasza do domu swoją przyjaciółkę, nauczycielkę flamenco - Lolę (znakomita i niesamowicie zmysłowa Victoria Abril). Lola wyzwala w Hlynurze bardzo erotyczne odczucia i głęboką fascynację, okazuje się jednak, że... jest dziewczyną mamusi. Scena, w której w kuchennej scenerii chłopak zostaje o tym powiadomiony, jest bardzo wzruszająca, choć wcale nie umniejsza w pełni optymistycznej wymowy filmu.

Znakomity jest Hilmir Snor Gudnason jako Hlynur. Aktor rewelacyjnie i jakby bez żadnego wysiłku wyważa proporcje swojego bohatera pomiędzy obojętnością na los cudzy i własny, nieprzystosowaniem, pewną uczuciową impotencją i użalaniem się nad losem. Jego Hlynur, początkowo właśnie taki niesympatyczny obibok, jawi się coraz bardziej jako zagubiony życiowo chłopiec. Efekt ten wzmagany jest poprzez jego własną narrację, kiedy to, zawsze dowcipnie, dopowiada to, czego nie zdołalibyśmy zobaczyć. Często są to cytaty zaprzęgnięte wprost z książki, jaka posłużyła za kanwę filmu.

Postać Hlynura i jego znajomych to prawdziwy i w miarę uniwersalny obraz dorosłej młodzieży naszych czasów. Ludzi, którzy nie mogą już, jak udawało się to często ich rodzicom, utrzymać się z ideałów, których w obliczu często doświadczanego bezsensu świata, wcale nie posiadają. Bez ambicji, bez pomysłu na życie wegetują wiec na garnuszku rodziców, bądź pracując byle gdzie, byle tylko móc wieczorem i w weekendy odreagować w gronie sobie podobnych. W przeciwieństwie jednak do bohaterów "Human Traffic", Hlynur ma szansę odnaleźć gdzieś ten sens i własne miejsce i wśród swojej niekonwencjonalnej rodziny i w życiu ogólnie.

Mimo w dużej mierze uniwersalnej wymowy, film jest też obrazem dalekiej Islandii. Sceny nocnego życia miasta spokojnie mogłyby zaś służyć jako reklama państwa kojarzonego raczej z gejzerami i lodowcową naturą niż z imprezami do białego rana, trawką (swoją drogą ciekawe, jak oni w tym zimnie hodują ją w takich ilościach!) i filmami porno. Choć w sumie, jaka jest inna alternatywa dla społeczeństwa żyjącego w kraju, gdzie słońca jak na lekarstwo, śniegu po same pachy, a ptaki i zieleń na drzewach pojawiają się pewnie przez maksymalnie jedną piątą roku.

Jak dla mnie "101 Reykjavik" jest kawałkiem inteligentnego, sympatycznego kina, umiejętnego połączenia humoru i obrazu zagmatwanego życia. Świetna muzyka (autorstwa Damona Albarna z kapeli Blur i grupy Sugarcube, z którą kiedyś występowała Bjork) jest na pewno dodatkowym atutem. Zabierzcie na film swoich przyjaciół. Na pewno będą wam wdzięczni.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).