Recenzja filmu Bez skrupułów (2006)
Douglas McGrath

Gry i zabawy w Kansas

"Bez skrupułów" to film pechowy, wszedł bowiem do kin w cieniu sukcesu, jaki stał się udziałem "Capote". Oba dzieła opowiadają o kulisach powstania "Z zimną krwią", słynnej książki, w której ...
Filmweb sp. z o.o.
"Bez skrupułów" to film pechowy, wszedł bowiem do kin w cieniu sukcesu, jaki stał się udziałem "Capote". Oba dzieła opowiadają o kulisach powstania "Z zimną krwią", słynnej książki, w której Truman Capote opisał sprawę zabójstwa dokonanego na zamożnej farmerskiej rodzinie z Kansas. Nic dziwnego, że większość widzów powiedziała sobie zapewne "co za dużo, to niezdrowo". Niezdrowo zapewne tak, wziąwszy pod uwagę, iż obaj reżyserzy - Bennett Miller i Douglas McGrath - brutalnie zderzają ze sobą dwie Ameryki, wielkomiejską i małomiasteczkową. Opowiadają o obsesji, która wyniszcza, lecz pozwala stworzyć opus magnum. Czy za dużo? Nie, bowiem moim zdaniem "Bez skrupułów" jest co najmniej równie dobre jak słynny poprzednik.

"Capote" był właściwie filmem jednego aktora. Ekran całkowicie zdominował Philip Seymour Hoffman. W "Bez skrupułów" pierwsze skrzypce znakomicie gra Toby Jones. Wykorzystuje nie tylko fizyczne podobieństwo do swojego bohatera, ale dodatkowo podkreśla sprzeczności w osobowości pisarza przesadną gestykulacją czy osobliwym chodem, ni to powłóczystym, ni to zdecydowanym. Jonesowi udało się jednak coś, czego nie potrafił lub nie chciał zrobić Hoffman - gra zespołowa.

W "Bez skrupułów" przykuwa uwagę nie tylko Truman Capote, ale i całe jego otoczenie. Harper Lee w wydaniu Sandry Bullock to przenikliwa obserwatorka, wybitna pisarka targana twórczymi niepokojami, ale i prostolinijna dziewczyna z sąsiedztwa. Jeff Daniels jako prokurator Alvin Dewey dyskretnie rysuje portret twardego faceta z zasadami powoli ulegającego czarowi nowojorskiego lwa salonowego o piskliwym głosiku. Znakomity jest również epizod Gwyneth Paltrow w roli piosenkarki, której w połowie wykonywania jazzowej ballady łamie się głos. Capote jest zafascynowany - wystudiowana aktorska sztuczka czy moment autentycznego cierpienia?

Uwagę przykuwa również Daniel Craig. Jego Perry Smith, jeden z morderców skazanych za zabójstwo rodziny Clutterów, emanuje zwierzęcą energią, jednocześnie sprawiając wrażenie skrzywdzonego dziecka. Potężne bicepsy i chroma noga, niespełnione artystyczne ambicje i źle skrywana wściekłość - wreszcie uwierzyłem, iż Smith był postacią na tyle złożoną, że Capote mógł się nim zainteresować. W "Capote" Bennetta Millera raczej bezbarwny Clifton Collins Jr. niestety nie stanął na wysokości zadania, udało się to dopiero Craigowi.

Douglas McGrath świetnie zapanował nad filmową materią. Nie tylko znakomicie poprowadził doborową obsadę, ale wspólnie ze swoimi operatorami (Bruno Delbonnel od "Amelii" oraz Seamus McGarvey zatrudniony wcześniej m.in. przy "Godzinach") bardzo precyzyjnie zakomponował kadry. Sekwencja morderstwa na rodzinie Clutterów poraża emocjonalnym chłodem i przywodzi na myśl "Funny Games" Michaela Haneke. Nawet w mniej intensywnych scenach, jak choćby rozmowa w biurze prokuratora, kamerę ustawiono w sposób daleki od oczywistości i dodający obrazowi znaczeń. Słychać na przykład dobiegający zza drzwi cieniutki głosik Trumana Capote, nie widać jednak przysadzistego literata. Widz śledzi jedynie reakcję ludzi, którzy się z nim zetknęli po raz pierwszy.

"Bez skrupułów" ominą ważne nagrody, bowiem współzawodnictwo w filmowym światku często przypomina sportowe wyścigi. W kinie nie zawsze jednak potwierdza się zasada "kto pierwszy, ten lepszy". Problem polega jednak na tym, że ci, którzy przybiegają do mety później, muszą się liczyć z tym, iż publiczność poszła już do domu. To właśnie w domowym zaciszu większość polskich widzów będzie się zapewne cieszyła tym filmem. Wchodzi do kin tylko w jednej kopii, a zatem należy uzbroić się w cierpliwość i czekać na wydanie DVD.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 98% uznało tę recenzję za pomocną (43 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

  • $review.user

    Capote

o