Recenzja filmu Malena (2000)
Giuseppe Tornatore

Grzeszne myśli

Ciche miasteczko zagubione gdzieś na brzegach słonecznej Sycylii, młody chłopiec zafascynowany piękną kobietą - wszystko to już kiedyś widzieliśmy, prawda? Wiele włoskich filmów proponuje nam ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Malena (2000)
Ciche miasteczko zagubione gdzieś na brzegach słonecznej Sycylii, młody chłopiec zafascynowany piękną kobietą - wszystko to już kiedyś widzieliśmy, prawda? Wiele włoskich filmów proponuje nam podobne historie, które wzruszają, zachwycają, lecz czasami trudno je od siebie odróżnić, dlatego najnowsze dzieło Giuseppe Tornatore może budzić pewne obawy. Z jednej strony spodziewamy się po nim pięknych obrazów i delikatnej gry uczuć, z drugiej - zastanawiamy się, czy może nas zaskoczyć czymś nowym. Zatem od razu informujemy: film urzeka, a jednocześnie jest przejmujący. I oglądając go, bardzo szybko rezygnujemy z pomysłu, by zaśpiewać razem z Marylą Rodowicz: "Ale to już było".

Początek filmu nie zapowiada większych rewolucji: rzecz dzieje się w 1941 roku w epoce faszyzmu - jest to znowu element nadużywany przez włoskich filmowców (muszą mieć na tym tle poważne kompleksy!). Na tle wojennej rzeczywistości - biedy połączonej z patriotycznym uniesieniem - oglądamy dwie splecione ze sobą historie. Wątkiem głównym jest dojrzewanie trzynastoletniego Renato Amoroso (Giuseppe Sulfaro) i jego fascynacja dojrzałą kobietą. Zaś piękna Malena Scordia (w tej roli Monica Bellucci) - mimo że oglądana tylko oczami chłopca - rozwija przed nami własną opowieść kobiety samotnej.

Film łączy w sobie konwencje: obok przezabawnych scen, obrazujących młodzieńczą burzę hormonów, pojawiają się dramatyczne wydarzenia - aż wargi zagryzamy z wrażenia. Po salwach śmiechu przychodzi refleksja - jak dalece nieszczęśliwa musi być Malena. Bez męża i przyjaciół, jednocześnie podziwiana i znienawidzona, sprowadzona do roli obiektu seksualnego (politycznie poprawni Amerykanie chyba zlinczują Tornatore!). Pozostałe elementy, muzyka Ennio Morricone i zdjęcia składają się na bardzo przekonujący obraz.

"Malena" przypomina "Cinema Paradiso" i "Sprzedawcę marzeń" - klimatem, miejscem i czasem akcji. Rozświetlone słońcem, jakby nieco wyblakłe sycylijskie miasteczka położone na skalistych wybrzeżach, śniadzi Włosi o ognistych temperamentach, kobiety w czerni, senne uliczki i bezgraniczna miłość do kina. Kino "Paradiso" było sercem prowincjonalnego miasteczka, którego mieszkańcy żyli życiem filmowych gwiazd. "Sprzedawca marzeń" kusił mieszkańców podobnych miasteczek wizją kariery w Hollywood - podając się za wysłannika studia filmowego, za stosowną opłatą robił chętnym zdjęcia aparatem, w którym nie było kliszy. Bohater "Maleny", Renato, gdy wyobraża sobie swoje spotkanie z ukochaną, widzi ich jako słynne pary filmowe. W erze przedtelewizyjnej kino spełniało inną niż dzisiaj rolę - wywoływało większe emocje, pozwalało przenieść się do zupełnie innego świata - sprzedawało marzenia. Wydaje się, że Tornatore tęskni za tamtymi czasami, które są jego "genialną epoką" i dlatego przywołuje je w swoich filmach. Co najistotniejsze, udaje mu się odtworzyć dawną magię kina. Oglądając "Malenę" pozwalamy się wciągnąć w świat sycylijskiego miasteczka, dajemy się zahipnotyzować melodyjności języka, urokowi obrazu i nieodpartemu czarowi głównej bohaterki, której zmysłowość wydaje się promieniować z ekranu (tak jak w przypadku wielkich gwiazd kina, Marilyn Monroe czy Sophia Loren).

Miasteczkiem rządzi tradycja i powierzchowna moralność. Jak przystało na społeczeństwo tradycyjne, świat jest uporządkowany - wszystko ma swoją nazwę i miejsce, dzieli się na jasne kategorie, prawo-lewo, dół-góra, białe-czarne. Szarości brak. Świat chłopięcy jest wyraźnie oddzielony od świata mężczyzn. Renato nie może się doczekać, kiedy wreszcie zamieni krótkie spodnie na długie, będące oznaką dorosłości. Chciałby też usiąść u fryzjera na fotelu przeznaczonym dla mężczyzn, a nie dla dzieci. Taka społeczność nie znosi odmienności. Dlatego gdy w miasteczku pojawia się Malena - nie dość, że obca, to jeszcze zjawiskowo piękna, w dodatku ostentacyjnie obnosząca się ze swoją urodą - zaburza to ustalony porządek. Malena jest mężatką - a jak wiadomo, każda mężatka powinna być zaniedbana, zahukana i otoczona gromadką dzieci. Jest sama (mąż na froncie) więc powinna mieć kochanków. Zachowuje się wyzywająco - nosi obcisłe sukienki i buty na wysokich obcasach - jaki jest tego cel, jeśli nie chęć złapania faceta? Gdyby się do tego przyznawała, nie byłoby w tym nic złego (tradycyjna społeczność akceptuje rolę oficjalnej kochanki, a nawet prostytutki). Każdy mężczyzna chciałby się z nią przespać, każda kobieta o tym wie i szczerze jej za to nienawidzi. Malena nie mieści się w ramach narzuconych przez społeczeństwo, łamie jego reguły, rozbija stereotypy - i dlatego miasto wydaje jej wojnę. Kto w niej wygra, łatwo przewidzieć, biorąc pod uwagę fakt, że nie mamy do czynienia z amerykańskim peanem na cześć wolności jednostki.

Widzimy teraz, że "grzeszne myśli" przywołane w tytule recenzji w małym stopniu odnoszą się do fantazji dojrzewającego Renato, dużo gorsza jest nietolerancja i zawiść dorosłych; ale to właśnie chłopiec musi się ukrywać ze swymi młodzieńczymi marzeniami, a inni mogą do woli dawać upust "dojrzałym" uczuciom. O podwójnej moralności mieszkańców miasteczka może zaświadczyć też entuzjazm, z jakim witają wkraczające wojska alianckie - tak samo szczerze wiwatowali wcześniej podczas radiowych przemówień Mussoliniego. Operując takimi obrazami i przywołując podobne kontrasty Giuseppe Tornatore, znowu wciągnął nas w swój świat.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 96% uznało tę recenzję za pomocną (134 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)