Recenzja filmu Annie Hall (1977)
Henryka Biedrzycka
Woody Allen

Historia jednej znajomości

"Annie Hall" po dziś dzień uznawane jest za kwintesencję stylu Woody'ego Allena. Ów styl to w pierwszej kolejności takie składowe jak: inteligentne, cięte dialogi, neurotyczny bohater będący ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Annie Hall (1977)
"Annie Hall" po dziś dzień uznawane jest za kwintesencję stylu Woody'ego Allena. Ów styl to w pierwszej kolejności takie składowe jak: inteligentne, cięte dialogi, neurotyczny bohater będący alter ego reżysera (zwykle odtwarzany przez niego samego) i miejsce akcji, Nowy Jork. Elementy te znaleźć można w większości dzieł tego twórcy, ale nie w każdym z nich odmierzone zostały one w tak idealnych proporcjach, jak w "Annie Hall" właśnie. Dowodem może być choćby fakt, iż rzeczona pozycja zauroczyła nawet Akademię Filmową, która uhonorowała film w czterech kategoriach (najlepszy film, reżyseria, scenariusz i aktorka pierwszoplanowa, czyli Diane Keaton).

Składająca się z epizodów, niechronologiczna akcja obrazu opowiada o burzliwym związku komika Alvy'ego Singera i tytułowej Annie, dosyć nieśmiałej dziewczyny z prowincji, początkującej piosenkarki. Widz w trakcie serii scenek rodzajowych z życia pary ekscentrycznych intelektualistów obserwuje gwałtowne narodziny uczucia, a zaraz potem jego niemalże równie gwałtowny zanik. Trzecim, równie istotnym jak dwoje poprzednich, bohaterem historii jest barwny, tętniący życiem Nowy Jork lat 70-tych - miejsce, na którego portretowanie Allen poświęcił większość swojej pracy twórczej.

Co najbardziej urzeka w "Annie Hall"? Z pewnością lekkość, z jaką ta dowcipna tragifarsa została opowiedziana. Zarówno humor, jak i delikatna zaduma, którymi podszyty jest film, zdają się być całkowicie niewymuszone, naturalne. W jednej chwili można płakać ze śmiechu, by po chwili złapać się na tym, że rozum skręcił już w stronę refleksji. Nad naturą związków międzyludzkich, nad ludźmi samymi w sobie, nad życiem w ogóle. Taki jest właśnie Allen i jego kino. Słodko-gorzki, cierpki i wyrozumiały jednocześnie.

Jak już wspomniałem na wstępie, twórca "Manhattanu" to przede wszystkim błyskotliwe, ironiczne dialogi. A jego oscarowy triumf z 1977 to prawdziwa kopalnia gotowych bon motów. Niemalże każda linijka tekstu to strzał w dziesiątkę, nic więc dziwnego, że scenariusz spotkał się z uznaniem szacownej Akademii. Allen kpi ze wszystkiego po kolei: z religii, z popkultury, z tzw. inteligentów. Co najbardziej istotne: kpi z siebie samego. I chyba właśnie dlatego tak chętnie mu wierzymy. I tak ochoczo dajemy mu się zabawiać.

"Annie Hall" to także pewien istotny wyrywek z życiorysu autora. Odtwarzająca jego partnerkę Diane Keaton to jedna z najważniejszych muz reżysera, towarzyszka również w życiu prywatnym. I chodzący dowód na to, że natchnienie pod postacią kobiety może przynieść olśniewające rezultaty. Okres ich znajomości, podobnie jak będąca przedmiotem niniejszej recenzji pozycja, postrzegany jest zgodnie przez krytykę za najbardziej udany w całym dorobku nowojorczyka. Można by rzec: trafiła kosa na kamień...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (56 głosów).
Caligula
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!