Recenzja filmu Ostatni król Szkocji (2006)
Kevin Macdonald

Historia z życia wzięta

Co wyobrażacie sobie, myśląc o Afryce?  Z jednej strony Czarny Kontynent to owoc tysięcy lat rozwoju setek plemion - piękny, barwny i wyjątkowy. Jednak Czarny Ląd ma też drugie oblicze - to ...
Filmweb sp. z o.o.
Co wyobrażacie sobie, myśląc o Afryce?  Z jednej strony Czarny Kontynent to owoc tysięcy lat rozwoju setek plemion - piękny, barwny i wyjątkowy. Jednak Czarny Ląd ma też drugie oblicze - to miejsce, gdzie dokonuje się wiele okrucieństwa. "Ostatni król Szkocji" jest w pewnym sensie dobrym wyjaśnieniem, dlaczego na południe od równika na czarnym kontynencie jest tak źle. Tam gdzie rządzi przemoc i kult siły, a władza myśli jedynie o zyskach, nie może się dziać dobrze.
   
Kiedy kolonializm upadł do władzy w wielu krajach wkradli się ludzie nieobliczalni i niesamowicie brutalni. Jednak o tych wszystkich okrucieństwach w ogóle nie myślał główny bohater filmu Kevina Macdonalda, pochodzący z bogatego domu młody lekarz Nicholas Garrigan.  Chłopak nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wygląda prawdziwy świat.  Zaraz po studiach medycznych wyrusza do Ugandy, aby pracować tam w miejscowym szpitalu. Dzięki zbiegowi wydarzeń pomaga samozwańczemu prezydentowi Adi Aminowi - opatruje go po wypadku, czym szybko zdobywa jego sympatię. Szybko staje się najpierw przybocznym lekarzem Adiego a później jego doradcą. Początkowo Nicholas, grany przez Jamesa McAvoya, jest całkowicie zafascynowany charyzmatyczną postacią prezydenta Amina jednak im dalej posuwa się historia tym bardziej zaczyna on rozumieć, z kim naprawdę ma do czynienia. Znikający ludzie oraz całkowity brak pomysłu na kierowanie państwem połączone z dziecinnością prezydenta sprawiają, że nasz główny bohater chciałby jak najszybciej uciec z tego kraju. Niestety to nie takie proste, jakby się mogło wydawać, gdyż Nicholas zdążył już pobrudzić sobie ręce krwią i zaczyna rozumieć, że jeśli szybko czegoś nie wymyśli, spotka go taki sam los jak innych ludzi, którzy zniknęli gdzieś bez śladu. Fabuła całego filmu skupia się na tym jak człowiek łatwo może wpaść w sam środek piekła. Jest to opowieść o prezydencie kraju zapomnianego przez Boga, Adim Aminie, który skupiając całą władzę w swoich rękach, kieruje nim jak 5-letnie dziecko samochodzikiem na baterie, i który przez wielu był nazywany szaleńcem. Jak sam siebie nazywał, uważał się za ostatniego króla Szkocji i często nosił kilt.
   
Film o takiej tematyce musi posiadać bardzo dobrych aktorów, bo bez dobrej gry nie da się nakręcić dobrego filmu o tragedii człowieka i całego kraju. Na szczęście dla Kevina Macdonalda, udało mu się znaleźć specjalistów wprost urodzonych do zagrania swoich ról. Wiem, że powinienem zacząć od opisania, jak zagrał James McAvoy, jako młody lekarz jednak to nie dla niego można ten film oglądać nawet kilka razy. Forest Whitaker, to właśnie on jest wisienką, świeczką a nawet i połową tortu, jakim jest dla tego filmu. To jak zagrał brutalnego dyktatora, który bez skrupułów potrafił skazać na śmierć setki ludzi a z drugiej strony czasem robił wrażenie wielkiego dziecka, który nie wiedząc sam, czego chce niszczy wszystko wokół siebie. Przerażająca mieszanka sadyzmu i dziecinności oraz całkowity brak odpowiedzialności za swoje czyny, te wszystkie cechy, które posiadał Adi Amin udało się oddać absolutnie w pełni Whitakerowi. To, jak zagrał on tę postać, to arcydzieło i pokazał tym samym, że nie tylko potrafi grać, ale jest w tym doskonały. Jeśli nie wiecie, czy historia opowiedziana w tym filmie jest dla ciekawa, to warto go obejrzeć tylko i wyłącznie dla kunsztu Foresta Whitakera. Mimo tego jednak aktor wcielający się w postać Amina nie jest tutaj głównym bohaterem, pierwszą parę skrzypiec gra James McAvoy, grając postać medyka, który się strasznie pogubił w swoich życiowych wyborach. Według mnie wypadł dobrze, ale daleko mu do Whitakera i tak naprawdę nie przypadł mi do gustu, grając angola z burżujskiej rodziny. Małą role zagrała Gillian Anderson, znana z roli Scully z "Z archiwum X”, gra tutaj lekarkę, która przyjmuje Nicholasa w ugandyjskim szpitalu na początku historii.
     
Film od strony technicznej nie uraczy nas niczym niesamowitym, nie będzie żadnych spektakularnych scen batalistycznych czy innych zamieszek, można powiedzieć, że rozgrywa się cały czas w bardzo kameralnej atmosferze. Zdjęcia są bardzo klimatyczne i w pełni oddają np. to, jaka przepaść dzieli życie mieszkańców Ugandy i głowę państwa. Muzyka bardzo fajnie wplata się w historię, podkreślając wymowę poszczególnych scen. Typowo zachodni styl muzyki na bankietach organizowanych przez Amina, afrykańskie rytmy, kiedy to dyktator odwiedza mieszkańców na specjalnych wiecach, dodaje niesamowitego klimatu do tego obrazu. Jednak z drugiej strony, nie ma w całym filmie ani jednej piosenki, która by zapadała w pamięć na dłużej.
     
Jeżeli lubicie historie ludzkich wyborów, historie ponoszonych konsekwencji, to jest to z pewnością film dla was. Jeżeli lubicie opowieści oparte na faktach i lubicie historię, to także jest to film idealny dla was. Nie jest to jednak film, który, według mnie, spodoba się szerszej publiczności, jest na to zbyt ciężki. Osobiście jednak polecałbym go, chociaż by dla samej roli Whitakera, który na ekranie stał się niezwykle prawdziwy w roli bezwzględnego szaleńca.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
movie_star
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o