Recenzja filmu Transformers (2007)
Michael Bay

Hojny tatuś Spielberg

Kiedy dwaj panowie, lubujący się w efektownym, komercyjnym kinie, spotkają się podczas projektu "ożywiania" kultowej kreskówki, wiadomo, że będzie o tym głośno. A czy w sensie pozytywnym, czy ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedy dwaj panowie, lubujący się w efektownym, komercyjnym kinie, spotkają się podczas projektu "ożywiania" kultowej kreskówki, wiadomo, że będzie o tym głośno. A czy w sensie pozytywnym, czy negatywnym, to już inna bajka. Ale zastanówmy się przez chwilę: Michael Bay kino akcji umie robić, jak mało który reżyser, rodem z Hollywood. A bawi się przy tym niczym rozpieszczone dziecko bogatych rodziców, które ma do dyspozycji wszystko, czego tylko zapragnie. W tym przypadku hojnym tatą jest inny słynny reżyser, Steven Spielberg, który nie pożałował pieniędzy na ten jakże odważny projekt. Dlaczego odważny? Bo przecież transformersy na początku swojego bytu, były tylko (i aż) plastikowymi zabawkami, które dzieciaki na całym świecie wielbiły ponad wszystko, oczywiście do pewnego czasu, bo wkrótce kosmiczne roboty zostały zastąpione kolorowymi i zdecydowanie bardziej przyswajalnymi dla dzieci, pokemonami. Ale milusińscy, którzy w połowie lat 80. i na początku 90. bawili się zabawkami firmy Hasbro, oraz oglądali kultowy serial animowany, nadawany w latach 84-87, mieli wielkie oczekiwania. Czy zostały one w pełni spełnione przez  Baya? Przyjrzyjmy się faktom.
 
Fabuła filmu nie jest zbyt skomplikowana. Otóż młody chłopak jest w posiadaniu okularów, pierwotnie należących do jego dziadka. Chłopak nie wie, iż na jednym ze szkieł odtworzona jest szczegółowa mapa, która prowadzi do miejsca ukrycia pewnej niezwykle cennej rzeczy, którą chcą odzyskać dobre roboty, zwane Autobotami. W tym celu przybywają na Ziemię, by skontaktować się z posiadaczem mapy. Wrogowie Autobotów, Deceptikony, przylatują za nimi. Chcą przywrócić do życia swojego dawnego pana: Megatrona.
 
Na pewno wygląd robotów nie pozostawia złudzeń, iż spece od efektów specjalnych bardzo się starali, by zaimponować kolegom po fachu. Transformery są idealnie skonstruowane, a przemiany z aut w postać bardziej "człowieczą" naprawdę robią wrażenie, nawet na wymagającym odbiorcy, który jest zmuszony docenić fakt, że efekty specjalne w filmie  Baya są wzorowo wykonane, szczegółowo dopracowane i bardzo zapadające w pamięć widza. Chyba najlepszą przemianą w filmie jest ta, w której prawdziwą twarz ukazuję Optimus Prime, który na potężnego robota ewoluował z pięknej, błyszczącej chromem, ciężarówki. Ale pozostałe roboty również robią wrażenie, ze wskazaniem na głównego przeciwnika Prime'a, Megatrona. Tak więc od tej strony nie mam "Transformers" nic do zarzucenia. Naprawdę solidna robota i wielki postęp w dziedzinie efektów komputerowych.
 
Ale przecież we filmie nie grają tylko roboty, mamy też do czynienia z bardziej "realną" obsadą. Gwiazd nie ma tutaj zbyt wielu. Shia LaBeouf dopiero wspina się na szczyty, a Megan Fox mozolnie podąża za nim (choć ze swoją powierzchownością nie powinna mieć problemów, by dostać wkrótce jakąś dobrą propozycję, od znanego filmowca). Scenariusz, napisany szybko i niezbyt dopracowany, nie pozwolił im zbytnio rozwinąć skrzydeł. To, co mieli zagrać, zagrali, nie wybili się ponad przeciętność, na co wielu liczyło, szczególnie w przypadku  LaBeoufa. Skończyło się tak, jak się skończyło, czyli bez zbytniej rewelacji. Oprócz dwójki młodych aktorów, mamy w filmie jeszcze kilku wyjadaczy. Jon Voight, aktor wybitny, choć niedoceniany, gra po swojemu, kreując swoją postać nadzwyczaj dobrze, choć jego rola nie jest napisana zbyt dobrze. To samo w przypadku Johna Turturrro, który z groźnego i bezwzględnego agenta, w miarę jak trwa seans, zmienia się nie do poznania. W pewnym momencie mamy wrażenie, że jest on postacią komiczną. Trudno odgadnąć, czy właśnie taki był zamysł scenarzystów. Ale nie dziwmy się za bardzo. To film akcji, a nie dramat kostiumowy. Aktorzy to tylko dodatek to pościgów, wybuchów, strzelanin i... robotów.
 
Właśnie, odnośnie scen akcji. W filmie mamy ich bardzo dużo, szczególnie pod koniec. Są porządnie zrealizowane, ze wskazaniem na te, w których mamy do czynienia z pościgami, czy to po ulicach miasta, czy na autostradzie. Jednak największe wrażenie robi początkowa sekwencja, ta w bazie wojskowej, zaatakowanej przez potężnego robota. Potem akcja nieco siada, by powrócić z wielkim hukiem, wraz z pojawieniem się na ekranie pierwszego z Autobotów. Kiedy ten ściera się z przedstawicielem Deceptikonów, akcja rozkręca się nam na dobre. Ale w filmie mamy też sporą dawkę humoru, choćby scena, kiedy rodzice głównego bohatera ośmieszają go przed piękną dziewczyną, czy podczas romantycznej przejażdżki samochodem-robotem. Nie jest to może humor najwyższych lotów, ale to plus, szczególnie w tego typu produkcjach, które są kierowane raczej do młodzieży, tej starszej. Ale ci bardziej dojrzali widzowie też nie powinni mieć zbytnich zastrzeżeń.
 
Podsumowując, Michael Bay stworzył film dobry, wnoszący sporo do swojego gatunku. Zadowoleni powinni być i kinomani, jak i fani słynnych zabawek.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (10)

zobacz wszystkie
o