Recenzja filmu Terminator 2: Dzień sądu (1991)
James Cameron

I'll be back

Zwykło się mawiać, że kontynuacja przeboju nigdy nie dorówna pierwowzorowi. W dużej mierze to prawda, jednak czasem trafi się perła. "Terminator 2: Dzień sądu" jest tego najdoskonalszym ...
Filmweb sp. z o.o.
Zwykło się mawiać, że kontynuacja przeboju nigdy nie dorówna pierwowzorowi. W dużej mierze to prawda, jednak czasem trafi się perła. "Terminator 2: Dzień sądu" jest tego najdoskonalszym przykładem. James Cameron, który stworzył ów kultową postać, czekał aż siedem lat, zanim zabrał się za kręcenie kontynuacji. Warto było tyle czekać, gdyż poziom zarówno fabularny jak i techniczny tego obrazu powala. Wedle wielu, w tym i mnie, jest to jedno z jego najdoskonalszych dzieł. Wręcz unikatowych. Jednak zacznijmy od początku, przedstawiając wszystkie argumenty, które mają wpływ na taką ocenę.

Mamy rok 1997. Sara (Linda Hamilton) siedzi od kilku lat w szpitalu psychiatrycznym, gdyż uznano ją za niebezpieczną, po tym jak otwarcie zapowiadała zbliżający się dzień sądu. Jej syn John (Edward Furlong) jest wychowywany przez rodzinę zastępczą, dla której stanowi koszmarne utrapienie. Prokurator wisi dzieciakowi nad głową, jednak ten ma to gdzieś i dalej wariuje. Tymczasem firma tworząca Skynet jest bliska jego ukończeniu, a tym samym nieświadomie spowodowania nuklearnego piekła. Tymczasem z przyszłości znów pojawia się znany nam wcześniej Terminator (Arnold Schwarzenegger) o kodowej nazwie T-800, jednak tym razem jego celem nie jest zabicie Sary. Został on schwytany i przeprogramowany przez Johna Connora w przyszłości i przybył, by chronić jego matkę i młodego Johna przed morderczym T-1000 (Robert Patrick), prototypowym Terminatorem zrobionym z płynnego metalu. Rozpoczyna się szalona walka dwóch maszyn, która doprowadza do ciekawej konfrontacji Sary z jej dawnym wrogiem.

Scenariusz jest najmocniejszą stroną całego obrazu Camerona. Można by się zastanawiać, co niby jest w nim takiego wybitnego. Przecież już raz widzieliśmy film oparty na podobnym scenariuszu. A jednak Cameron zaskoczył nas, a to wszystko za sprawą Arnolda Schwarzeneggera i jego postaci. Tym razem nie mamy do czynienia z bezduszną maszyną. Co więcej, reżyser pokazuje nam wręcz człowieczeństwo Terminatora. Arnold w tym filmie jak dla mnie wspiął się na wyżyny swego talentu, kreując postać bardzo ludzką i mechaniczną zarazem. Jego Terminator powoli uczy się, jak być człowiekiem, stara się zrozumieć sens człowieczeństwa. Odkrywa, co to radość i smutek, pojmuje, dlaczego ludzie tak zaciekle walczą z jego twórcą, czyli Skynetem. Niejako można by rzec, że pojmuje błąd w logice Skynetu, błąd opierający się na braku uczuć. W dojściu do tych konkluzji pomaga mu młody John Connor i jego matka, która z czasem zamienia lęk w przyjaźń do stalowego obrońcy. W pewnym momencie wręcz widzi w nim człowieka, a nie maszynę. Po drugiej zaś stronie szali mamy Roberta Patricka i jego postać T-1000. Złowieszczego, szybko i sprawnie kalkulującego, a co najważniejsze mądrego. Tym razem Cameron przerobił swego mechanicznego przeciwnika na istne cudo. Nie mamy już do czynienia z typową maszyną, która rozwala każdego i wszystko, co stanie jej na drodze. Zamiast tego reżyser pokazał nam perfekcjonizm zabójcy. Szybki, sprytny, minimalizujący zagrożenie czy wykrycie, działający roztropnie, szukający po cichu swej ofiary, bez zbędnej przemocy. Wszystko to, aby nie rzucając się w oczy, zbliżyć się jak najbardziej do swego celu. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Robert Patrick świetnie zagrał mimiką twarzy, kreując wręcz unikatową postać. Potrafi się śmiać, szydzić, być niewzruszonym czy czasem nawet kompletnie nie okazać emocji. Naprawdę gra aktorska w "Terminatorze 2" to czyste arcydzieło każdej z postaci. W efekcie powoduje ona, iż świetnie napisany scenariusz Camerona staje się wręcz żywy, osiągając geniusz.

Drugim potężnym atutem filmu jest ścieżka dźwiękowa – klimatyczna, mroczna i po prostu cudowna. Motyw główny z początku i końca filmu stał się wręcz utworem unikatowym, promującym całą serię. Niemal każdy z miejsca rozpoznaje muzykę Brada Fiedela, który zresztą zrobił ścieżkę dźwiękową do całej sagi. Mimo iż w innych częściach jego muzyka jest naprawdę dobra, to tylko w "Terminatorze 2" udało mu się, moim zdaniem, stworzyć coś wiekopomnego. Coś, co zapada w pamięć na zawsze, co stało się wręcz symbolem serii, a może i jednym z symboli gatunku kina akcji. Zresztą cała ścieżka dźwiękowa w filmie jest genialna, budująca swój osobliwy klimat pełen mroku i nadziei na lepsze jutro.

Kolejnym wręcz przełomowym atutem obrazu Camerona są efekty specjalne. Nie dość, że stworzyły nowy kierunek w grafice komputerowej, to dodatkowo stały się nieśmiertelne dzięki postaci T-1000. Do tej pory widok Roberta Patricka, gdy zmienia swoją rękę w ostrze czy formuje się ze stalowej bryły w człowieka, zapiera mi dech w piersiach. Kunszt, z jakim wykonano owe dzieła, przerósł wręcz swe czasy i po dziś dzień jest doskonały w swej formie. Po prostu nie można oprzeć się pokusie, aby nie przewinąć sceny do tyłu i obejrzeć jej ponownie. Do tego wszystkiego dochodzi nam dużo lepsza wersja charakteryzacji Schwarzeneggera jako T-800. Aż łezka się w oku kręci z zachwytu nad pracą charakteryzatorów i speców komputerowych. Każdy element ciała Terminatora dopracowano w najdrobniejszych detalach, co więcej, są one w dużej mierze ruchome, co dodaje realizmu. Cudowna jest choćby scena, w której T-800 zdziera swą organiczną warstwę z przedramienia i dłoni, prezentując doktorowi Milesowi (Joe Morton), twórcy Skynetu, mechaniczną rękę. Czyste arcydzieło techniki. Na dokładkę mamy w całym filmie masę efektów pirotechnicznych, kaskaderskich i pościgów, które wyglądają wręcz cudownie. Wszystko za sprawą perfekcyjnego montażu i jeszcze lepszych zdjęć. Za te dokonania Cameronowi należy się wiwat na stojąco, gdyż uczynił z kamerą cuda, umiejętnie wychwytując najlepsze sceny akcji. Trzeba przyznać, że ten reżyser ma oko do takich rzeczy, jednak w "Terminatorze 2: Dniu sądu" przeszedł samego siebie.

W efekcie tych wszystkich zabiegów dostaliśmy ponadczasowy film, który pogrzebał żywcem pierwowzór. "Terminator 2" jest doskonały pod każdym względem, głównie za sprawą scenariusza i niestarzejących się efektów specjalnych. Co więcej, w tym obrazie reżyser udowodnił, że można ze zwykłego filmu akcji stworzyć prawdziwy życiowy dramat z konkretnym morałem. Z bardzo wartościowym morałem. Kto nie widział "Terminatora 2: Dnia sądu", niech nadrobi tę zaległość. Tym, którzy widzieli, chyba nie muszę mówić, że warto wracać do tego tytułu wielokrotnie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).
artur_t
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (9)

zobacz wszystkie