Recenzja filmu The Doors (1991)
Oliver Stone

I am the Lizard King, I can do antyhing

Jim Morrison, lider i założyciel amerykańskiej grupy muzycznej The Doors, stał się legendą jeszcze za życia. Niezwykle charyzmatyczny wokalista elektryzował i porywał tłumy już od pierwszych ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja TV The Doors (1991)
Jim Morrison, lider i założyciel amerykańskiej grupy muzycznej The Doors, stał się legendą jeszcze za życia. Niezwykle charyzmatyczny wokalista elektryzował i porywał tłumy już od pierwszych występów z zespołem. Osiągnął błyskawiczny sukces i stał się popularny na całym świecie. Piosenki The Doors, a zwłaszcza teksty w większości autorstwa Morrisona, przetrwały próbę czasu i po dziś dzień bywają przedmiotami prac magisterskich i dogłębnych analiz. Nic dziwnego, że jego życie - tak barwne i inspirujące - stało się kanwą filmu fabularnego. Ekranizacji biografii Jima podjął się w 1991 roku Oliver Stone, znakomity reżyser i wielki fan twórczości Morrisona (choć nadmienić wypada, że mieli ją w planach także inni, choćby Francis Ford Coppola). Tym sposobem powstał film o człowieku, który stał się symbolem swoich czasów, ale także przygnębiający dramat o samotnej, pełnej sprzeczności indywidualności, która już w momencie urodzenia rozpoczęła proces autodestrukcji.

"The Doors" nie jest idealnym tytułem filmu, obraz skupia się bowiem niemal wyłącznie na Morrisonie. Historia rozpoczyna się w połowie lat '60 XX wieku. Jim i jego kolega ze studiów, Ray Manzarek, postanawiają założyć zespół rockowy. Śledzimy ich karierę od początku powstania grupy aż po tragiczny finał Morrisona w Paryżu w 1971 roku. Widzimy, jak Jim swoim niebywałym, diabolicznym urokiem zdobywa tłumy, jednocześnie pogrążając się w rosnącej z każdą przyjmowaną dawką ilości zażywanych narkotyków oraz alkoholizmie. Śledzimy proces nagrywania płyt przez The Doors, niezapomniane koncerty, ale i ekscentryczny tryb życia Jima, w końcu pierwsze aresztowania i słynny "Miami Flash", za który otrzymał wyrok. Ujrzymy także fragmenty z jego życia osobistego, poznanie Pameli Courson i demonicznej Patricii Kennealy, seksualne ekscesy, stopniowe niszczenie siebie.

Oliver Stone w godny podziwu sposób zamknął sześcioletnią historię w ramach dwugodzinnego filmu. Jego obraz jest, mimo momentami dużych przeskoków w czasie, płynny, logiczny i uporządkowany. Twórca "Plutonu" wybrał najważniejsze epizody z życia Jima i zespołu i w zgrabny, pozbawiony pretensjonalności sposób stworzył wciągającą opowieść. Świetnie sportretował erę "dzieci kwiatów", epokę wolności seksualnej i buntu przeciwko aparaturze rządowej oraz wyraźnie pobrzmiewające w tle echa wojny wietnamskiej. "The Doors" to niemal dokumentalny zapis kontrkultury hipisowskiej.

Jednak przede wszystkim jest to film o Morrisonie. Wielu znawców biografii wokalisty, a także członkowie zespołu, zarzucało Stone'owi, że skupił się na tych cechach Jima, o których najlepiej było zapomnieć. Morrison w filmie reżysera "Urodzonego 4 lipca" to krzywdzący bliskich egocentryk, "szaman" balansujący na granicy życia i śmierci, równie zepsuty co magnetyczny Mojo Risin', człowiek uzależniony, próbujący "przebić się na drugą stronę" z pomocą wszelkiej maści używek i seksoholik bez serca. Ray Manzarek, posiadający dyplom magistra szkoły filmowej i mający nadzieję być bezpośrednio zaangażowanym w produkcję (co jednak nie nastąpiło ze względu na rozbieżne wizje i pomysły na film jego i Stone'a), podkreślił kiedyś: Jim był uśmiechniętym człowiekiem. Grając w Doors mieliśmy kupę zabawy. W filmie Stone'a tego nie ma. Mimo że "The Doors" to opowieść rozgrywająca się w czasach radości, to obraz wręcz dołujący. Ciężko znaleźć pozytywne cechy u filmowego Morrisona. Jest pijany lub naćpany w większości scen, ciągle wystawia na cierpliwość Pamelę lub członków zespołu, nagminnie zdradza swoją partnerkę - generalnie nie jest to pozytywna postać. Stone skupił się zwłaszcza na negatywnych stronach charakteru Jima, co niestety zaciemnia i wypacza wizerunek, który pozostał w pamięci The Doors i znających go ludzi - inteligentnego, wrażliwego i przede wszystkim zabawnego człowieka. Taki był jednak pomysł twórcy późniejszego "Aleksandra" na przedstawienie postaci Morrisona.

Filmowy Jim nie byłby tak przekonujący, gdyby nie wcielający się w niego Val Kilmer, który kreacją słynnego wokalisty dał brawurowy popis aktorski. Oprócz wyglądu (który notabene jest niemal kalką Morrisona) przekonują najbardziej - co zaskoczyło nawet reżysera - jego możliwości wokalne. Jedna z krążących wokół filmu legend głosiła, że Kilmer zaprezentował reżyserowi nagranie piosenki The Doors z własnym głosem oraz oryginalną wersję z wokalem Jima - Stone nie potrafił znaleźć różnicy. Kilmer w wielu fragmentach filmu śpiewa i wychodzi mu to doprawdy znakomicie. Potrafi porwać tłumy jak prawdziwy Morrison, jest idolem pełną gębą, być może nawet zbyt wyidealizowanym. Świetnie wychodzi mu granie Jima odurzonego używkami, nie wahał się także przytyć kilkanaście kilogramów, by wiarygodnie oddać postać Morrisona u kresu kariery. Choreografia indiańskiego tańca, zachowanie na scenie, mimika, język i sposób wypowiedzi - to wszystko Kilmer dopracował do czystej perfekcji, stwarzając w "The Doors" - mówię to z pełnym przekonaniem - najlepszą kreację w karierze. Brak żadnej znaczącej nagrody wydaje się z perspektywy czasu pewnym nieporozumieniem.

Do roli Jima Morrisona przymierzani byli m.in. Christopher Lambert, John Travolta, Tom Cruise, a nawet Kevin Costner (matka Jima podpowiadała wybór tego aktora, twierdząc, że jest bardzo podobny do jej syna). Stone nie popełnił błędu, wybierając gwiazdę "Top Gun", a Kilmerowi kroku dotrzymuje cała ciżba znakomitych aktorów - przede wszystkim świetne Meg Ryan i Kathleen Quinlan, Michael Wincott oraz Kyle MacLachlan, Frank Whaley i Kevin Dillon w rolach członków zespołu.

W filmie usłyszymy w zdecydowanej większości piosenki zespołu, świetnie dobrane i wkomponowane w całość. Nieśmiertelne "Light My Fire", apokaliptyczny "The End", "Break On Through...", "Love Street", "The Soft Parade", "Not To Touch The Earth" i mnóstwo innych. Pewnym mankamentem wydawać się może, że w momencie, gdy nie widzimy Kilmera na ekranie, słychać oryginalne nagrania Doors, ale myślę, że jest to niuans. Reżyser zaprezentował też wiele pikantnych, prawdziwych szczegółów z kariery Jima i zespołu - występ w klubie "Whisky-A-Go-Go", na którym powstała legendarna wersja "The End", koncerty w Europie, New Haven i Miami, okoliczności nagrywania kolejnych płyt i wiele innych, co nadaje całej historii autentyczności. (Choć znajdą się w filmie także nieprawdziwe - na przykład ten o sprzedaży praw do piosenki telewizyjnym reklamówkom i reakcja na to Jima. Tak nigdy się nie stało, a Jim nigdy by tak zareagował.)

Świetnie prezentują się także w "The Doors" zdjęcia Roberta Richardsona. Obrazowa realizacja koncertów, "falujące", niemal surrealistyczne ujęcia zamroczonego Jima i charakterystyczne, zapadające w pamięć sceny (choćby ta fenomenalna, psychodeliczna na pustyni), połączone świetnym montażem robią kapitalne wrażenie. Stone znakomicie potrafił opanować kręcenie scen z ogromną ilością ludzi na planie, dzięki czemu nie odnosi się wrażenia chaosu. Przez to film ogląda się z zaangażowaniem.

Reasumując, Oliver Stone stworzył świetny, wzorcowy film muzyczny z doskonałą pierwszoplanową rolą Vala Kilmera, okraszony świetną oprawą muzyczną i bardzo dobrze zrealizowany. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że jest to jego własne wyobrażenie, które w wielu aspektach, a zwłaszcza w jednoznacznej, pejoratywnej prezentacji postaci Jima, mija się z prawdą. Tak czy siak "The Doors" wciąga i, choć nie jest to obraz krzepiący, to kino hipnotyzujące, przebojowe i intrygujące jak sam Jim Morrison. Polecam.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (27 głosów).
_encore_
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny
o