Recenzja filmu Maria Antonina (2006)
Sofia Coppola

I want candy

Wprawdzie uwspółcześnianie klasyki nie jest zabiegiem nowym i może się na ekranie sprawdzić, to niestety jednak nie w przypadku filmu Sofii Coppoli, która najwidoczniej porwała się "z motyką na ...
Filmweb sp. z o.o.
Wprawdzie uwspółcześnianie klasyki nie jest zabiegiem nowym i może się na ekranie sprawdzić, to niestety jednak nie w przypadku filmu Sofii Coppoli, która najwidoczniej porwała się "z motyką na słońce", gdyż nie powiodło jej się połączenie klasycznego filmu kostiumowego ze współczesną muzyką i językiem, które w tym wypadku wręcz zupełnie tu nie pasują.

Nawet jeśli chciała ona pokazać bardziej ludzkie oblicze monarchini, słynącej z nadmiernej rozrzutności, to również ta sztuka jej się nie udała, bowiem Antonina w jej wydaniu bardziej przypomina rozpuszczoną i beztroską nastolatkę, której w głowie jedynie modne stroje, fryzury i ogromna ilość słodyczy, niż pozbawioną wsparcia, samotną królową z autentycznym dylematem objęcia władzy w bardzo młodym wieku.

W ogóle trudno dostrzec w "Marii Antoninie" jakąś konkretną myśl przewodnią, bo przypomina ona raczej ciąg następujących po sobie obrazów, czasem przypominających wręcz typowe wideoklipy. Nieoczekiwanie najważniejsza w niej staje się roztrząsana przez pół filmu kwestia nieskonsumowania małżeństwa Antoniny i Ludwika, a później trudno na dobrą sprawę zrozumieć, co tak naprawdę Coppola chciała w swoim obrazie przekazać. Zamiast wciągającej fabuły pełnej intryg i skandali odsłaniających prawdziwe oblicze francuskiego dworu i jego barwnych, znakomitych postaci ówczesnej epoki, otrzymujemy pretensjonalne, płytkie i nudne widowisko, z którego praktycznie nic nie wynika.

Pod względem aktorskim film również nie zachwyca. Kirsten Dunst w tytułowej roli królowej, w przeciwieństwie do jej przykuwających wzrok cukierkowatych strojów, oszałamiającej kolekcji najbardziej wymyślnych butów oraz fantazyjnych, wysokich i ledwie się trzymających na głowie, fryzur, wydała mi się zwyczajnie mdła i bezbarwna, a czasem miałam wręcz ewidentne skojarzenia z "Legalną Blondynką", której najbardziej zależy na ukochanym piesku, garderobie i ulubionych słodkościach spod znaku utworu "I want candy". Nawet ciekawa scena, w której na wieść o braku chleba wśród poddanych, ironicznie stwierdza "niech jedzą ciastka", była zbyt krótkim jasnym punktem, aby mogła pokazać się od bardziej dojrzałej i wyrafinowanej strony. Nie mówiąc już o zupełnym braku jakiejkolwiek chemii między nią a grającym Ludwika XVI, Jasonem Schwartzmanem. A jedynie wiarygodny w roli Hrabiego Mercy d'Argenteau, Steve Coogan oraz wyrazista Asia Argento w krótkim epizodzie kochanki króla Hrabiny Du Barry, niewiele mogli poradzić.

Film Coppoli przypomina kuszącą, kosztowną błyskotkę, na którą zwraca się chwilową uwagę, by po bliższym spojrzeniu przenieść wzrok na coś o wiele bardziej oryginalnego i wyszukanego. Wprawdzie z zewnątrz wygląda smakowicie niczym pochłaniane w błyskawicznym tempie przez Antoninę, polukrowane ciastka, w środku jednak nie kryje nic poza pustymi kaloriami. Naprawdę przykro patrzeć na to zupełnie nieudane dzieło reżyserki tak pięknych i zapadających w pamięć dwóch wyjątkowych filmów, tj. "Przekleństw niewinności" i "Między Słowami". Niestety o "Marii Antoninie" pamiętać nie warto.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (48 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o