Imperium zysków?

Wyobraźmy sobie niedzielne popołudnie u rodziny Kowalskich. Rodzice wołają dwunastoletnią Anię i jej młodszego braciszka Jasia na obiad. Towarzyszy im najlepszy przyjaciel człowieka - telewizor. W to piękne, niedzielne popołudnie emitowany jest film fabularny o masowej zagładzie ludzi; żeby nie uciekać się do dalekich przykładów, niech będzie, że w Auschwitz. Czy odczuwacie, państwo, dysonans? Niepotrzebnie. Rodzina Kowalskich zje smacznie obiad, ponieważ masową zagładę ludzi z pięknym, niedzielnym popołudniem połączy jedno nazwisko: Steven Spielberg. Jest to człowiek, który każdą potworność zapakuje w filmowe ramy i to tak, że nie tylko zjemy obiad podczas oglądania, ale jeszcze nie wzgardzimy deserem.

Nie inaczej jest z "Imperium Słońca", w którym indywidualna historia małego Jima (Christian Bale) usytuowana jest na tle wojny japońsko - chińskiej. Nasz główny bohater jest rozpieszczonym dzieckiem wychowanym w cieplarnianych warunkach bogatych, szanghajskich peryferii. Szarą rzeczywistość obserwuje sporadycznie zza szyb limuzyny. Ale to dopiero początek. Spielberg potrzebuje epickiego materiału, aby mógł z niego urobić kasową produkcję. Oto przychodzi II Wojna Światowa, a wraz z nią japońska okupacja. Mały Jim gubi się w tłumie uciekających ludzi i traci kontakt z rodzicami. Pozbawiony parasola ochronnego w postaci bliskich osób musi sobie od tej pory radzić sam. Na początku wykazuje się dużą naiwnością, czym niepomiernie irytuje widza, jednak wkrótce spotyka cwanego Amerykanina, Basiego (John Malkovich), a następnie trafia wraz z nim do obozu jenieckiego. Mały Jim jak za dotknięciem różdżki staje się mężczyzną. Zakończenie Spielberg wypisane ma na czole.

Jak widać, jest to przede wszystkim klasyczna historia dojrzewania. Jim przypomina trochę naszego Cezarego Barykę, przynajmniej dopóki ten nie zaczął się puszczać w Nawłoci. Tło historyczne, o którym wspominałem jest domeną jakichś pierwszych trzydziestu minut produkcji Spielberga i może budzić nadzieję. Znać tu epicki rozmach, a ujęcia zestawiające kontrastowo sunące limuzyny z tłumem biedoty miejskiej ocierają się o groteskę, zachowując przy tym swój krytyczny ładunek. Potem zaczynają się dzieje szczęścia i przypadku, a "Imperium Słońca" dryfuje w stronę sztubackiej opowiastki o chłopaczku, który siedmiomilowymi krokami osiąga pełnię dojrzałości. Jim będzie omijał miny, zobaczy śmierć, nauczy się japońskiego, zaprzyjaźni się ze wszystkimi w obozie, obroni innych przed srogim sierżantem Nagatą (Masatô Ibu), wcieli w życie ideały polit - poprawnej miłości i w imię tychże ideałów użyje samurajskiego miecza. W międzyczasie osiągnie pełnię szczęścia, obserwując nalot amerykańskich lotników na japoński obóz. Spielberg zaaplikował wszystko w wersji soft i na zasadzie miękkich kontrapunktów ulokował sceny, w których widz uroni łezkę, to znowu się zaśmieje, to znowu pożywi jakimś banałem lub mądrością pachnącą wysublimowanym humanizmem. Ot, tak, żeby można było zjeść spokojnie ten obiad i nie udławić się przypadkiem. Jak przystało na hollywoodzkiego produkcyjniaka wszystko okraszone jest tandetną muzyką, dając tym samym przykład doskonałej fuzji dźwięku i obrazu.

Jeszcze kilka zachwytów nad grą aktorską. Christian Bale sprostał powierzonej mu roli, a była ona niełatwa. W końcu najpierw miał nas irytować swoją niedojrzałością, a później dojrzałością. Między jedną a drugą była natomiast wielka czarna dziura - motywacja leży i kwiczy; czuję jednak, że za dużo wymagam. W końcu, ciężko uniknąć licznych luk i uchybień, kiedy próbuje się wepchnąć formułę dojrzewania w dwugodzinny film. John Malkovich nie miał za wiele do pokazania w "Imperium Słońca" i siłą rzeczy znalazł się w cieniu Bale'a. Gra on cwanego "wuja" i raczy nas swoim chaotycznym i intrygującym zezem spod kaszkietu, w finale natomiast okazuje się tylko bladym kontrargumentem dla wartościowego i honorowego życia.  Chyba można było pełniej wykorzystać tę postać. O reszcie organicznych rekwizytów w życiu Jima nie warto wspominać, bowiem są one tylko plasteliną, z której urabiana jest sylwetka chłopca, może poza enigmatycznym (jak przystało na srogiego Japończyka?) Nagatą i  nieco zagubioną panią Victor (Miranda Richardson).

Parafrazując i eksploatując już do bólu Gombrowicza, rzeknę, że "Imperium Słońca" jest pierwszorzędnym kinem drugorzędnym. Nie może być inaczej z filmem familijnym. Jeśli ktoś zabiera się za robienie czegoś takiego, to musi być świadom, w jakim kierunku podąża. Spielberg jest zbyt wytrawnym hochsztaplerem emocji i nie mam wątpliwości, że świadomość tę posiada. Cel osiągnął.



Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 42% uznało tę recenzję za pomocną (92 głosy).
Macabre
ocenia ten film na:
5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o