Recenzja filmu Rekonstrukcja (2003)
Christoffer Boe

Impressio aeterna

Po raz pierwszy "Rekonstrukcję" obejrzałem w 2003 roku. Film zrobił na mnie piorunujące wrażenie, czego dowodem może być mój niezborny komentarz, jaki wtedy (jakże dawno temu!) napisałem. Od ...
Filmweb sp. z o.o.
Po raz pierwszy "Rekonstrukcję" obejrzałem w 2003 roku. Film zrobił na mnie piorunujące wrażenie, czego dowodem może być mój niezborny komentarz, jaki wtedy (jakże dawno temu!) napisałem. Od tamtego seansu wspomnienie filmu powracało do mnie wielokrotnie, pobudzając pragnienie, by obejrzeć dzieło Boe'a raz jeszcze. Przez długi czas wydawało mi się, że pragnienie to nigdy nie zostanie zaspokojone. Tymczasem teraz, niemal w drugą rocznicę premiery w Cannes, gdzie "Rekonstrukcja" zdobyła dwie nagrody, film wraca do kin za sprawą Tantry. Do tego dystrybutora, ostatnio niemal niewidocznego, mam sporą słabość. To dzięki Tantrze obejrzałem "Pokojówkę z Titanica" - film, który kocham bezgranicznie. To Tantra wprowadziła "Cube" i "Tytusa Andronikusa", pozycje intrygujące, wciągające, inne. A teraz pojawia się "Rekonstrukcja". Dzieło skończone. Dzieło metafizyczne. Dzieło ponadczasowe. Dzieło uniwersalne. Arcydzieło.

O czym opowiada "Rekonstrukcja"? Pytanie banalnie proste. Odpowiedź powinna być równie prosta, a jednak nie jest. Każdy opis historii będzie fałszywy, zakłamany, w najlepszym razie jedynie częściowo prawdziwy. Bo też jak można opowiedzieć film, w którym główni bohaterowie kilkakrotnie spotykają się ze sobą po raz pierwszy w życiu? Przy czym część z tych spotkań nigdy się nie wydarzyła, chociaż widz jest ich świadkiem. Jak opowiedzieć film, w którym dwie kobiety w życiu młodego bohatera grane są przez tę samą aktorkę? Jak opowiedzieć film, w którym bohater budzi się po upojnej nocy, by zastać obcy sobie świat?

To może inaczej. Pozostańmy przy tym samym pytaniu. O czym opowiada "Rekonstrukcja"? Tym razem jednak zastanówmy się nad przesłaniem filmu, interpretacją. Nic z tego. To też nie jest proste. Powiedziałbym nawet, że zdecydowanie trudniejsze. Film Boe'a nie jest bowiem elementem kina intelektualnego. To nie jest kino przeznaczone do chłodnego dyskursu myślowego. "Rekonstrukcja" to kino impresjonistyczne. To kino, którego po prostu trzeba doświadczyć, przeżyć. Jak w malarstwie Cezanne'a czy Degasa, tak i u Boe'a kolorowe plamy światła i cienia układają się w emocjonalne przeżycie, ulotne wrażenie, wyjątkowe i jednostkowe, różne w przypadku każdego z widzów. Choć ulotne, związane z obrazem i dźwiękiem, jednocześnie zdają się dotyczyć absolutu, wieczności, prawd uniwersalnych, prawd ludzkich. Stąd tytuł tego tekstu.
Tych przeżyć nie da się łatwo opisać. Oczywiście każdy z nas może spróbować przełożyć je na słowa. Trzeba jednak pamiętać, że w takim przypadku będzie to zawsze tylko przybliżenie, że pewne rzeczy "zagubią się w przekładzie".

O czym zatem opowiada "Rekonstrukcja"? Według mnie o kilku sprawach.

Po pierwsze, jest to opowieść o fikcji i jej znaczeniu dla odbiorcy. W filmie kilka razy padają słowa: "To tylko film. Konstrukcja. A jednak boli." I są to słowa, których prawdziwość może sprawdzić na sobie każdy z widzów. Już od pierwszych sekund trwania, kiedy tylko cichną słowa piosenki Cole'a Portera, widz zostaje zaskoczony. Oto twórca filmu zwraca się wprost do niego. Wyjaśnia mu, że ma do czynienia z filmem, fikcją, konstrukcją. Następnie buduje na oczach widza dekoracje, powołuje do życia bohaterów, by potem nimi manipulować w sposób jak najbardziej bezkarny. Oto dostajemy kino, które nie udaje rzeczywistości. Nie otrzymujemy historii opartej na faktach, pieczołowitego odtwarzania realiów Kopenhagi, żebyśmy tylko uwierzyli, że bohaterowie są ludźmi z krwi i kości. Nie, tutaj od razu jesteśmy postawieni w sytuacji, w której nie ma złudzeń - wszystko jest w "Rekonstrukcji" na niby. Tych ludzi nie ma. Ich doświadczenia są wymysłem. A jednak w ciągu półtorej godziny trwania widz nie jest na tę fikcję obojętny. Wyłaniająca się z pozornie niespójnych fragmentów opowieść o miłości ma charakter ponadczasowy i jak w greckich tragediach boli niemiłosiernie. Tak więc fikcja jest w stanie dotknąć człowieka, jeśli dotyczy spraw uniwersalnych, archetypicznych, bliskich każdemu z nas. Zapowiedź głosu z offu, że konstrukcja ta zaboli, zostaje na końcu spełniona.

"Rekonstrukcja" to także opowieść o twórcach. Każdy z bohaterów jest twórcą i zarazem elementem świata wykreowanego przez innych. Na początku wydaje się, że oglądamy konstrukcję stworzoną przez reżysera. Potem jednak reżyser objawia się jako jedna z postaci filmu manipulująca życiem swej żony i jej kochanka, tworząc z tego przypowieść o miłości. Sporą część filmu można także interpretować jako wytwór wyobraźni Alexa, w której to on tworzy męża Aimee, piszącego powieść o Alexie i Aimee. Aimee, będąc tworem reżysera, męża-pisarza i Alexa, także sama tworzy ich we własnym świecie. "Jeśli ty jesteś moim snem, to ja jestem twoim" powie Alex. Każdy z nas jest twórcą, każdy z nas tworzy, interpretuje świat na swój indywidualny sposób. Zdarzenia to nic innego, jak nachodzenie na siebie owych prywatnych uniwersów.

Jednak skoro jest to opowieść o twórcach, to w rzeczywistości można by uznać ten film za swoistą impresję nad Bogiem. Ów głos z offu byłby demiurgiem, kreatorem, który powołuje do życia ludzkie istoty, a następnie osadza je w konkretnym czasie i miejscu, i obserwuje co się wydarzy (w kluczowych momentach wprowadzone zostają komplikacje - ów sławetny "przypadek"). Świat jako teatr (kino) Boga. Teatr dający cudowne acz bolesne przeżycia.

Film Boe'a to rzecz jasna także opowieść o miłości. A dokładniej o doświadczaniu miłości przez kobietę i przez mężczyznę. Obserwujemy w pigułce procesy, które normalnie zachodzą często latami. Zakochanie się, fascynacja, rozwój miłości, brak porozumienia, przypadkowe zachowania, które zostają niewłaściwie odczytane, konflikty i rozstania. Eksplozja nowego świata i blaknięcie wrażeń w kontakcie z rzeczywistością. Walka i wybory, w których miłość nie zawsze okazuje się być siłą zwyciężającą.

"Rekonstrukcja" zaskakuje dojrzałością. Pierwszy pełnometrażowy film Boe'a to harmonijna unia obrazu i dźwięku. Dopracowana koncepcja filmu w postaci genialnego scenariusza otrzymała powalającą z nóg oprawę wizualną. Manuel Alberto Claro to nazwisko zupełnie mi obce. A szkoda. Bo to właśnie w dużej mierze za sprawą jego zdjęć film przekracza granice "tu i teraz" dotykając wprost duszy. Scena miłosna to małe arcydzieło pracy operatora i montażysty. Poza nią pełną jest ujęć, pojedynczych kadrów, które po prostu chciałoby się oprawić w ramy i powiesić w galerii, muzeum sztuki, a potem wpatrywać się w nie bez końca. Aimee siedząca w białym pokoju. Zbliżenie na oczy Alexa wpatrujące się w Aimee. August za drzwiami pokoju świadom, że żona go zdradziła. Alex niczym Orfeusz idący ulicą i migająca za jego plecami głowa Aimee. Można tak wyliczać bez końca. Nawet gdyby film był niemy i tak zachwycałby niepomiernie.
Na szczęście jednak nie jest niemy. Obok głosów aktorów słychać także muzykę. Z filmu najbardziej zapamiętuje się chyba "Adagio for Strings" Barbera. I nic w tym dziwnego. W ostatnich latach tylko jeden film był w stanie dokonać równie udanej fuzji muzyki i obrazu. Był to film Kar-Waia "Spragnieni miłości". Takich scen się po prostu nie zapomina. Pozostają one na długo w pamięci, być może na zawsze, jako cudowne, magiczne chwile niewysłowionego szczęścia.

Patrzę na ten tekst i z niedowierzaniem widzę, że napisałem sporo słów. Aż tyle ich potrzeba, by przybliżyć to, co doświadczyłem, oglądając "Rekonstrukcję" i co dla mnie jest jedną, niepodzielną całością.

Jednak tak naprawdę żadne słowa nie są w stanie oddać przeżycia, jakim jest obejrzenie filmu Boe'a. Najlepiej więc zrobicie doświadczając tego sami.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (71 głosów).
torne
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)