Recenzja filmu Troja (2004)
Wolfgang Petersen

Jak się ma "Troja" do Wojny Trojańskiej?

Był to jeden z tych filmów, na które czekałam z wielkim zapałem i nadzieją w sercu. Gdy w Warszawie zaczęły się pojawiać pierwsze plakaty (co miało miejsce jeszcze na długi czas przed premierą), ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Troja (2004)
Był to jeden z tych filmów, na które czekałam z wielkim zapałem i nadzieją w sercu. Gdy w Warszawie zaczęły się pojawiać pierwsze plakaty (co miało miejsce jeszcze na długi czas przed premierą), przystawałam wręcz na ulicy, by im się dobrze przyjrzeć lub podziwiałam je jadąc autobusem na uniwerek. Czekałam długo... Ale wreszcie nadszedł ten dzień, kiedy z wypiekami na twarzy zasiadłam w ciemnym kinie, marząc, by za chwilę, jak za pomocą czarodziejskiej różdżki, znaleźć się w antycznej Troi... No i znalazłam się... Tyle tylko, że już po godzinie filmu rwałam włosy z głowy, marząc tym razem, by pozwolono mi wreszcie wrócić z powrotem do moich czasów...

Nie jestem jakąś wielką znawczynią mitologii ani "Iliady" Homera (którą jednak parę lat temu przeczytałam i wydaje mi się, że ekipa "Troi" też powinna była to uczynić!). Jednak uważam, że twórcy wprowadzili zbyt wiele zmian rodzaju: bo-tak im-się-podobało. Nie lubię czegoś takiego. Wyobraźcie sobie, że ktoś chce zekranizować waszą ukochaną książkę. Najpierw się bardzo cieszycie, potem jesteście zaniepokojeni słysząc, jakich wybrał aktorów. Mówicie sobie jednak przez cały czas: "No trudno, ale książka jest taka świetna, że i tak nie będą w stanie jej spaprać!". Ale jak przychodzi co do czego, okazuje się, że mogli. Nie lubię jak zmienia się zakończenie utworu. Powiem więcej: to niedopuszczalne! I gdyby na świecie nie panowała taka ciemnota, to tyle osób nie zachwycałoby się tym filmem. (Bądźmy szczerzy: nie wierzę, by w Ameryce wielu obywateli tego pięknego - podobno - kraju miało choć raz w życiu w swych rękach mitologię czy "Iliadę" i "Odyseję"). Widzicie, niewiedza to straszna rzecz...

Moim podstawowym zarzutem jest fakt, że twórcy filmu nie zrozumieli książkowego pierwowzoru. Nie wysilili się na jakieś psychologiczne rozwinięcie postaci, tylko, żeby było szybciej, pozabijali nie te osoby, co trzeba. Wyobraźcie sobie taką ekranizację "Ogniem i mieczem", w której Bohun ginie, bo był niedobry, a Podbipięta niech przeżyje... no bo dlaczego by nie? Takie myślenie jest niepoprawne z zasady. Skoro nie podobał im się oryginał, mogli napisać coś nowego i na jego podstawie kręcić film.

Rozumiem, że twórcy nie chcieli pokazać bogów, bo może by to głupio wyglądało... Chociaż kto wie. Czy w dobie "Harry'ego Pottera" i "Władcy Pierścieni" ktoś może narzekać na malejące zainteresowanie spawami, które mocno odbiegają od naszej szarej rzeczywistości? Ale może istotnie nie zmieściliby tego w jednym filmie. Bądźmy jednak szczerzy: scenarzyści mieli zadanie bajecznie proste, a mianowicie przenieść historię starą jak świat (a przynajmniej starszą niż Hollywood) na ekran. A co oni zrobili? Wolną amerykankę sobie urządzili... Najsłynniejsza wojna, która - jak wie chyba każde dziecko - trwała 10 LAT!, tu została rozegrana w parę dni (plus 12 na pogrzeb Hektora). Ciekawe, co by było, jakby Petersen chciał nakręcić "Krzyżaków"... Pewnie to nie Jagiełło wygrałby bitwę pod Grunwaldem... A nawet jakby wygrał, to by jej pewnie nie przeżył. Czy to jest logiczne?

Już to sprawia, że film ten nie mógł mi się podobać. Jednak to nie wszystkie jego wady...

Do aktorów nie mogę się właściwie przyczepić, bo to dzięki nim było czasami na co popatrzeć. Z wyjątkiem może Heleny, która była fatalna, ale ona nawet nie jest aktorką... no cóż... bez komentarza.

Ale aktorzy mieli tak naprawdę jedno zadanie: nadać drewnianym postaciom z mitologii motywację psychologiczną (bo np. u Parandowskiego jest napisane, że Parys porwał Helenę, ale nie jest napisane, co ona wtedy czuła...). Wydaje mi się, że nie do końca im się to udało. Ograniczono się tu do stereotypów i właśnie przez to była potem konieczna zmiana zakończenia. Skoro przyjęto, że Helena kochała Parysa na zabój (czy aby na pewno?), to najwygodniej im było... zabić Menelaosa, a ich dwoje ocalić (jeśli ktoś pamięta mitologię, to tam Parys zginął, a Helena została wtedy żoną kogoś innego, ale w końcu jej się znudziła cała ta sytuacja i to ona nocą wypuściła żołnierzy ukrytych w koniu trojańskim, a na końcu Menelaos zabrał ją z powrotem do Sparty, jak gdyby nigdy nic). Może nie jest to zbyt romantyczne, ale bądźmy szczerzy... czy wersja z mitologii nie brzmi wiarygodniej?

Także zdjęcia, które miały być atutem tego filmu, wcale mnie nie powaliły. Co do efektów specjalnych, to dawno nie widziałam w tak wielkiej produkcji niedoróbek, jak np. gdy w czasie bitwy krew sika nie w tych momentach, co trzeba. A co do muzyki... to niektóre motywy za bardzo przypominały mi "Gladiatora".

A propos "Gladiatora". Uważam z kolei, że ten film jest świetny i w żadnym wypadku nie został przez osławioną "Troję" zdetronizowany. Wręcz przeciwnie! Po "Troi" zdałam sobie sprawę, jaki to był dobry film!

Podsumowując... Przykro mi, że nie znalazłam w tej produkcji żadnych pozytywnych stron, ale po prostu ich nie było. Wszystko było wielkie, pompatyczne, pseudo-wzruszające... Tylko po co? Prawdą jest, że jesteśmy przyzwyczajeni do wielkich superprodukcji i do tzw. kina komercyjnego. Ale nie oznacza to chyba, że mamy się wyzbyć własnej tożsamości i swojego zdania, by czuć się zobowiązanym wysławiać pod niebiosy film tylko dlatego, że gra w nim Brad Pitt?!

Wychodząc z kina, zdałam sobie sprawę, że o wiele bardziej podobał mi się trailer. I na nim chyba powinni poprzestać... Niepotrzebnie kręcili całą resztę!

Co tu dużo mówić: było to jedno z największych filmowych rozczarowań w moim życiu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 37% uznało tę recenzję za pomocną (46 głosów).
Nunariel
ocenia ten film na:
1 10 1/10 nieporozumienie

przeczytaj również recenzje użytkowników (9)

zobacz wszystkie