Recenzja filmu 60 sekund (2000)
Dominic Sena

Jazda z punktu A do punktu B

Stare powiedzenie mówi: nie zadzieraj z facetem, który nosi ksywę pochodzącą od nazwy miasta, rzeki albo stanu - na pewno jest twardy, silny, świetnie strzela z rewolweru i prawdopodobnie jest ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa 60 sekund (2000)
Stare powiedzenie mówi: nie zadzieraj z facetem, który nosi ksywę pochodzącą od nazwy miasta, rzeki albo stanu - na pewno jest twardy, silny, świetnie strzela z rewolweru i prawdopodobnie jest doskonałym szulerem. No... w każdym razie jest powiedzenie, które mówi, że istnieje takie powiedzenie... Tak czy owak, chodzi o to, że jeśli mielibyśmy do czynienia z człowiekiem, którego przyjaciele nazywają - dajmy na to - Indiana, lepiej z góry założyć, że to imię, w połączeniu z - powiedzmy - biczem i rewolwerem, oznacza gościa, któremu lepiej nie wchodzić w drogę. W "60 sekund" Nicholas Cage gra złodzieja w stanie spoczynku, zwanego Colorado... przepraszam, Memphis - co z początku mogło wywrzeć wrażenie, że będzie twardym i bezwzględnym bandytą, a nie pokornym maminsynkiem z fetyszem na punkcie oktanów.

Fabuła... ech, przecież w filmie nie chodzi o opowieść, ale o pokazanie jak największej ilości nawoskowanych, błyszczących karoserii nietuzinkowych samochodów... ale niech będzie. Generalnie idzie o to, żeby w krótkim czasie ukraść 50 samochodów - rzecz jasna, nie jakichś tam fordów taurusów, ale nieco bardziej egzotycznych: ferrari, mercedesy, hummer, barracuda i wiele innych, wywołujących erekcję u fanów motoryzacji. I tu zastrzeżenie: pudło, które w filmie udaje Shelby'ego GT500, jest chamską podróbką, zapewne wyprodukowaną na Tajwanie, każdy fan od razu znajdzie jakiś milion różnic w stosunku do oryginału. Zamiast wzwodu - zwis nieunikniony. Auta kradnie Dallas... przepraszam, Memphis Cage - choć nie chce, ale jeśli nie ukradnie, zły facet, grany przez Doctora Who, rozdrobni mu brata. Brat sam jest złodziejem samochodowym, wziął duże zlecenie od Doctora Who, ale dał ciała - teraz Doctor musi szybko zapakować do kontenerów 50 zamówionych samochodów albo straci twarz w oczach swych wspólników. Sam twarzy stracić nie zamierza, więc jeśli Cage nie załatwi roboty, którą spartolił jego niedorobiony braciszek... Wiadomo - ktoś zginie śmiercią powolną i bolesną, prawdopodobnie tracąc własną twarz - dosłownie. Do tego nasz Dakota... przepraszam, Memphis potrzebuje pomocników - nawet taki spec od zabierania bogatym i dawania sobie, nie podoła załatwieniu wszystkiego w jedną noc (a załatwia sprawę w jedną noc, bo jak tylko wrócił do miasta, wsiadł mu na ogon gliniarz z wydziału zajmującego się kradzieżami samochodów, więc nie chce bawić się wytrychami dłużej niż to konieczne). Dorzućmy do tego konflikt z młodszym bratem, żywiącą urazę eks-partnerkę (oczywiście wszyscy wiemy, że takie żywienie urazy w prostej linii prowadzi w tych filmach do seksu) - i wyjdzie nam scenariusz do "60 sekund", bazujący na filmie starego speca od dwuśladów, H. B. Halickiego, pod tym samym tytułem. Aha, pan Duvall wystąpi w typowej dla siebie roli "starego, doświadczonego motoryzacyjnego wyjadacza, co to jest mentorem protagonisty".

Historię zmagań Kentucky'ego... przepraszam, Memphisa ogląda się lekko i bezstresowo. Film praktycznie nic nie wymaga od widza, a w zamian daje wrażenia warte dokładnie tyle samo. Niby jest kilka śmiesznych scen, jeden czy dwa zabawne dialogi, zderzenie dwóch pokoleń ludzi parających się szlachetnym i dumnym fachem, jakim bez wątpienia jest złodziejstwo, przyjemna muzyka (odgrzewająca stareńkiego "Low Ridera" zapomnianej grupy War), niby jest wątek romantyczny... Ale wszystko to jakieś takie nierobiące wrażenia. Bohaterów jest sporo, ale poza Sphinxem o urodziwej twarzy Vinniego Jonesa żaden nie jest przesadnie oryginalny ani zbyt ostro zarysowany. Skoro film jest o samochodach, można by się spodziewać, że będzie sporo widowiskowych pościgów - nic bardziej mylnego. Auta ładnie wyglądają, odjeżdżają z parkingów i wjeżdżają do kontenera, ale pościg jest tylko jeden - finałowa kradzież podróbki Shelby'ego się nie do końca udaje i Sacramento... przepraszam, Memphis musi przez całe miasto przejechać na wysokich obrotach. Niby pościg jest widowiskowy, ale całe wrażenie psuje fatalna scena skoku nad stojącymi w korku pojazdami - tak złych efektów komputerowych nie przypominam sobie w żadnym filmie, który miał budżet wyższy od rocznych dochodów przeciętnego pracownika MacDonalda.

Dojeżdżamy do celu, czyli podsumowania. "60 sekund" jest typowym, średnim filmem z Nicolasem Cage'em, dobrym na deszczowe popołudnie do piwa i pizzy, ale niegwarantującym porządnej rozrywki. Dla wszelkich automaniaków może być dość atrakcyjna ilość nagromadzonych ciekawych samochodów, ale poza tym nic nie wybija się ponad przeciętność. To trochę jak Chevrolet Aveo - niby w miarę dobre auto znanego amerykańskiego koncernu, ale w gruncie rzeczy, pod maską - tandetne, plastikowe daewoo. Być może dojedzie do celu, ale na przyjemne wrażenia z podróży nie ma co liczyć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 35% uznało tę recenzję za pomocną (23 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)