Recenzja filmu Lejdis (2008)
Tomasz Konecki

Jedna za wszystkie

Już wiele lat temu, obserwując polską kinematografię, wyrobiłam sobie zdanie na jej temat, które towarzyszy mi do dzisiaj. Doszłam do prostego wniosku, że Polacy chcą oglądać tylko dwa rodzaje ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja dvd Lejdis (2008)
Już wiele lat temu, obserwując polską kinematografię, wyrobiłam sobie zdanie na jej temat, które towarzyszy mi do dzisiaj. Doszłam do prostego wniosku, że Polacy chcą oglądać tylko dwa rodzaje filmów - dramaty wojenne i wulgarne komedie. Zarówno te pierwsze, jak i drugie, mimo że są kompletnie inne, zyskują od razu status box-office'ów i zazwyczaj chodzą na nie ci sami ludzie. Różnica polega wyłącznie na tym, że chodząc na popularne dramaty, których akacja rozgrywa się na tle ważnych dla Polaków wydarzeń historycznych (jako przykład mogę bez mrugnięcia okiem podać "Katyń"), czujemy się mądrzejsi i wychodzimy z kina ze świadomością przynależności do intelektualnej elity tego kraju. Z takimi poglądami i bagażem doświadczeń nie powinien was dziwić fakt, że unikałam filmów pokroju "Lejdis" jak diabeł święconej wody. Fakt, że powstał on dzięki twórcom głośnego w 2007 roku "Testosteronu", na którym niemożliwie się wynudziłam.

Nie będę owijać w bawełnę - "Lejdis" mnie nie rozczarowało pozytywnie. Nie zmieniłam nagle zdania i nie możecie nazywać mnie od dzisiaj zwolenniczką polskiej komedii XXI wieku. Nic z tych rzeczy. Miałam rację - fabuła dosyć sztampowa, chociaż bez romantycznego happy endu. Główny temat obrazu miał chyba budzić pewne kontrowersje. Mianowicie spotykamy cztery kobiety w różnym wieku, które łączy wieloletnia przyjaźń (brzmi trochę banalnie, nieprawdaż?). Są to typowe polskie raczkujące feministki, kobiety wyzwolone z typowymi dla nowoczesnych kobiet bolączkami - małe cycki, zdradzający facet, bezowocne starania o dziecko, trudności w nawiązywaniu poprawnych kontaktów z mężczyznami. Nic niezwykłego. Nasze bohaterki, jak na kobiety wyzwolone przystało, oczekują wiele od życia i bez skrupułów z niego korzystają. Alkohol, mężczyźni, wolne związki, w które uciekają przed codzienności. Przecież coś im się należy, nie?

Wśród pierwszoplanowych aktorów znajdujemy raczej znane nam wszystkim nazwiska. Box-office w polskim wydaniu staję się box-officem wyłącznie dzięki starym telewizyjnym wyjadaczom. Oczywiście, jak zwykle grają przeciętnie. Na uwagę zasługuje chyba wyłącznie bohater grany przez jednego z najpopularniejszych polskich aktorów za granicą, Piotra Adamczyka. To największa niespodzianka całego filmu. Kto by pomyślał, że właśnie jemu przypadnie w udziale tak kontrowersyjna rola (kontrowersja jest raczej pojęciem subiektywnym, ale biorąc pod uwagę wcześniejsze kreacje filmowe pana Adamczyka, mogę go spokojnie użyć). Nie zdradzę wam, co mam na myśli. Przekonajcie się sami.

Film w ogólnej ocenie wypada raczej marnie, z czym nawet mniej wytrawni kinomani mogliby się zgodzić. Owszem, bawi, owszem, wzrusza. Jednak poza przyjemnym wypełnieniem dwóch godzin w kinie, nie wnosi nic do mojego życia i z pewnością nie sięgnę po niego po raz drugi. Wspomniałam wcześniej, że nie mamy tu przesłodzonego amerykańskiego happy endu, ale to chyba nie prawda. Pomimo tego że zakończenie nie daje jednoznacznej odpowiedzi, co stanie się z naszymi bohaterkami, daje nam świadectwo prawdziwej i wiecznej przyjaźni. Bo przecież nie ważne, jak potoczą się ich losy. Zawsze będą miały siebie i swój Sylwester w sierpniu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 70% uznało tę recenzję za pomocną (30 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)